Taki Lajf!

Jak zdać prawo jazdy – przepis na sukces

Zrobienie prawa jazdy to było monstrum, z którym mierzyłam się przez długi czas. W liceum rodzinka zapłaciła za kurs i pierwsze dwa niezdane egzaminy… Ale moje perypetie trwały jeszcze wiele wstydliwych lat;) 

Na studiach instruktorów zmieniałam może kilka razy w roku. Jeden tak mnie wkurzył swoim współczująco-pobłażającym bąkaniem i śmiechem z mojej fatalnej jazdy, że na środku miasta, w ogromnych zaspach śniegu, wysiadłam i trzasnęłam drzwiami. Jechał za mną i przepraszał, ale nie wsiadłam z powrotem. Buc! W ogóle we mnie nie wierzył.

prawko1

Poza tym nieustannie dokuczali mi w domu:). Chyba z pięć lat ciągnęły się za mną teksty w stylu:

– Pewnie ten zrobiony kurs już ci przepadł, a tyle pieniędzy w błoto…

– Popatrz, mojej koleżanki córka młodsza od ciebie, a za pierwszym razem zdała…

– Chcesz się przejechać? Bierz kluczyki, ty kierujesz, ha-ha-ha – (taki żarcik).

– Ty to już nigdy tego prawka nie zrobisz, będziesz zdana na łaskę Karola, bo on to za drugim razem zdał…

I wreszcie pojawił się instruktor z krwi i kości…

Po studiach postanowiłam to zrobić w tajemnicy. Bez niczyich aplauzów ani rozczarowań. Szczęśliwym trafem, po latach poszukiwań tego idealnego, pojawił się wymarzony instruktor. Pan Ryszard już na dzień dobry poinformował mnie, że będzie ze mnie dobry kierowca i żebym niczego się przy nim nie bała. Jego sposobem na sukces była wiara w ludzi. I faktycznie, nie wiedzieć kiedy, poczułam się bardzo pewnie za kółkiem.

Potrafił mnie zaskoczyć kilkoma zwykłymi słowami. To człowiek, który zawsze dopasuje styl rozmowy i żartów do poziomu inteligencji rozmówcy. Zadziwił mnie tym, jak świetnie dogadywał się z 18-letnim chłopaczkiem, któremu na placu manewrowym coś nie szło na motorze. A potem, jak rozmawiał ze znerwicowaną kobietą w ciąży, kiedy aż płakała ze stresu przed egzaminem. Albo z 40-letnim zakapiorem, który rugał się, że mu biegi nie wchodzą. Co najważniejsze, w ciągu kilku wykupionych godzin jazdy nauczyłam się tego, czego nie mogłam ogarnąć przez lata.

prawko3

Jadę na egzamin, a tu…

Nastał TEN dzień. Ręce się trzęsą, niby wszystko już umiesz, ale i nie umiesz nic. Jadę sobie z p. Ryszardem, za godzinę ma mnie odwieźć prosto do WORD-u. Spokojnie, zielone światło, prędkość przepisowa, relaks, cisza…

I raptem dajemy po piskach! 5 metrów przede mną, na pasy nie wiadomo skąd wjechał rowerzysta. To były sekundy. Gwałtowne hamowanie. Szok. Radość, że nic nikomu się nie stało… Ale za chwilę mogło, bo… pan Ryszard, wkurzony jak diabli, wysiada z auta i wściekły biegnie na tego rowerzystę, jakby miał mu nogi z dupy powyrywać:

– Ty idioto, nauczyć cię jeździć? Co to do cholery miało być?! Jeszcze będziesz mi tu dziewczynę za kółkiem stresował! Wyyypad stąd! – krzyczał.

W życiu tak się nie uśmiałam. I nikt nigdy tak rycersko mnie nie odstresował! Godzinę później, pewna siebie jak nigdy, zdałam.

ZDAŁAM. Dziś kocham jazdę samochodem. A wszystko dlatego, że pewnego dnia uwierzył we mnie całkiem nieznajomy człowiek.

fot. Pikolina

prawko2

prawko4

prawko5