Taki Lajf!

-Kogo tam DIABŁY NIOSĄ?! – usłyszeliśmy przez wicher.

W moim rodzinnym domu kolędników niecierpliwie się wyczekuje. Bywa, że na naszym podwórku stoi kolejka grup kolędniczych – jedni kończą, wchodzą następni. Ale w (moim) życiu kolędnika z gościnnością bywało bardzo różnie… 

W dzieciństwie z braćmi pierwszego dnia świąt potrafiliśmy obejść całe miasteczko z piękną kolędniczą gwiazdą, którą wykleiliśmy razem z mamą. Ja byłam skarbniczką, chłopcy – ochroniarzami. To były piękne lata – bo wyobraźcie sobie – tak bezkarnie wejść do dziesiątek domów, podejrzeć, jak świętują ludzie, jak się pięknie wystroili, kogo tego dnia przyjęli w gościach, co przygotowali na stół – tak podglądać życie mogli tylko mali kolędnicy.

zudit1

Zazwyczaj witano nas serdecznie. Wiedzieliśmy już, gdzie dadzą nam więcej, w którym nic, ale pukaliśmy wszędzie. Raz śpiewaliśmy kolędy w biednym mieszkanku, w którym okrutnie śmierdziało – takim starym zgniłym jajem, nie dało się oddychać, ale kolędowaliśmy. Innym razem zaśpiewaliśmy u pijanego księdza na plebanii, sypnął bardzo dużo pieniędzy, a gdy po dwóch tygodniach pojawił się u nas na kolędzie, zerknąwszy na gwiazdę, rzekł – „a u mnie to nie byliście kolędować!”. Do dziś śmiejemy się z tej historyjki, ciekawe, co pomyślał, gdy na drugi dzień po naszym kolędowaniu nie mógł się doliczyć kilku dych w portfelu.

Bywały jednak domy ZŁE. Spuszczano w nich duże psy na kolędników. Zasłaniano okna, żeby nie było widać, że choinka się świeci. Raz nawet, tacy totalnie zmarznięci, obsypani śniegiem, zapukaliśmy do starej drewnianej chaty. Słychać było kroki, ale drzwi się nie otworzyły:

– Kogo tam DIABŁY niosą?! – usłyszeliśmy przez wicher. I dawaj uciekać!:D Głos brzmiał, jakby za chwilę z jakiś szczeliny domu miała się wysunąć lufa strzelby i nas unicestwić.

zudit9

I ja właśnie o tym chciałam Wam napisać. Zaraz przecież święta, wspólne rozmowy przy stole, błogie obżarstwo i… ten dzwonek do drzwi. To kolędnicy, otwórzcie!:) Przecież to zazwyczaj zmarznięte dzieci, które sporo drogi przeszły w mrozie, i które chcą zarobić kilka grosików. Niektóre zbierają na nowy telefon, inne na nowe buty. Przecież sama tak kiedyś miałam. Nie wiem, czy zauważyliście. Dzieci z bogatych domów nie kolędują.

Boli mnie okrutnie, gdy słyszę (nawet w mojej dalszej rodzinie), „nie wpuszczamy kolędników, bo naniosą błota”, „bo nie będę dawać obcym pieniędzy”… Jakoś tak osobiście mnie to dotyka.

zudit2

Kolędnicy to dobre ludziki. Z rumianymi od mrozu policzkami, ze ślicznymi szopkami, które wyklejali pocztówkami i szkolnym klejem. Trzeba ich wpuścić, uśmiechnąć się, dać ogrzać. Nawet, jeśli w portfelu już pustka, można poczęstować domowym ciastem, stół przecież się ugina:)

Cholernie wstydzę się za ludzi, za tych gorliwych katolików, którzy w święta zamykają się na cztery spusty i nie chcą wpuścić pod swój dach słodkiej, dziecięcej kolędy…

fot. Pikolina

10850918_10152901377339172_744080375_n