nieCodzienność

Dziecko kochane nie widzi swojej biedy

Źródłem cierpień dzieci z rodzin wielodzietnych nie jest wcale brak pieniędzy, a kultura. Bezlitosne normy, które wciąż każą im porównywać się do innych. 

Tak wiele ostatnio prowadzimy kalkulacji: „Mieć dziecko/Nie mieć dziecka”, „Stać nas na założenie rodziny – Nie stać nas”. Mój mąż mówi, że nasi rodzice nie mieli tych rozterek, bo w tamtych (komunistycznych) czasach mniej więcej wszyscy mieli „tak samo źle” i „ wszystkiego było po równo”. Teraz silnie trzyma nas kompleks, że nasze potencjalne dzieci będą się czuły pokrzywdzone… Poranione patrzeniem na rówieśników z klasy, których rodzice podwożą lepszymi samochodami, zabierają na zagraniczne wycieczki dwa razy w roku. Rówieśników, którzy mają dodatkowe zajęcia języków, baletu, sztuk walki, robotyki.  Bo dziś rodzice, którzy nie zapewniają tego swojemu dziecku – szczególnie w dużych miastach – są źle odbierani. Przecież to nieodpowiedzialni ignoranci. Nie umożliwią dziecku dobrego startu w życie. Po co się w ogóle na dzieci decydowali?  „A współczesna rodzina z trójką lub czwórką dzieci? To na pewno katolickie oszołomy!”.[sociallocker]

IMG_1648

Jestem z wielodzietnej rodziny. Z dość biednej, ale rodziny, która przez wiele lat na ciasnych 40 metrach kwadratowych żyła jednak bardzo szczęśliwie. Był wesoły gwar bawiących się dzieciaków, tato wiecznie czytający mądre gazety i książki, mama rozpieszczająca smakołykami. My byliśmy dziećmi kochanymi i chcianymi. Widok wiecznie nienasyconych swoimi czułościami rodziców był podstawą mojego i braci poczucia bezpieczeństwa. Stałości. A dziecko kochane nie widzi swojej biedy. Nigdy nie zauważyłam, że z braćmi jemy najtańszą mielonkę z puszki. Nie czułam, że ciepła kurtka, w którą ubierały mnie mama z babcią była z odzysku. Że magnetofon, na którym z tatą słuchamy radia to stary rzęch. Byliśmy zwyczajnie szczęśliwi bliskością.

I jak pisał Freud, dopiero „kultura stała się źródłem naszych cierpień”. Czyli to zetknięcie się z OBCYMI. W szkole dowiedziałam się, że można mieć swój własny pokój, ubrania jakichś zagranicznych firm, że kolorowe mazaki też mogą być markowe. Do dziś pamiętam, jak w pierwszej lub drugiej klasie podstawówki krążyła plotka, że „jestem biedna”. W rozumku dziecka ze skromnej, ale kochającej się rodziny zapaliła się pytająca lampka: „ale co to znaczy być biednym?”. Nie wiedziałam, nie czułam tego słowa. Dzieciaki z klasy szybko mnie uświadomiły:

– Ej, a dlaczego ty nosisz zacerowane spodnie?
– Twój sweter jest już tak znoszony, że zaraz będziesz miała dziury na łokciach.
– Czemu wy nie macie w domu mikrofalówki?
– A dlaczego twoi bracia noszą buty po tobie?

TIFY1 (1)

Dzieciaki były bezlitosne. Szybko poznałam swoje miejsce w szeregu. Z tymi bogatymi liczyło się forum klasy. Były świetne w językach, matematyce, sporcie, miały grono swoich fanów. Pamiętam moją serdeczną koleżankę, cudowną dziewczynkę, zawsze zazdrościłam jej nowego plecaka, pięknych piórników, modnych ubranek. Ciagle się z nią porównywałam. Gdy ona w Mikołajki dostawała discmana, nam do butów mama wkładała Milky Waya. Rozumiałam skromne możliwości rodziców i byłam im wdzięczna za drobne gesty miłości. Wiem jednak, że realia szkoły, forum klasy były polem nierównej walki. Myślałam wtedy: „Niewiele mam, plecak już taki stary, sztruksy znoszone, trzy sweterki na zmianę, muszę chociaż być dobra w lekcjach”. Tak, zawsze byłam w czołówce, od podstawówki. To była taka moja walka o szacunek.

Dziś patrzę na tamten czas z perspektywy potencjalnej matki. Moje wyimaginowane dzieci posyłam do szkoły, wystawiając na nierówną rówieśniczą walkę o byt i uznanie. Czy do bycia silnym i szczęśliwym wystarczy im tylko nasza miłość?

do gifa

gif

Ps. Zdjęcia z tekstu, na których jest Pikolina, wykonałam sama! Ale oczywiście grafiki i cinemagraph to już praca Kasi.

 
[/sociallocker]