Zakazane tematy

Priesting, czyli w poszukiwaniu normalnego księdza

Do dzisiejszego wpisu zainspirował mnie spacer z Karlosem. Pewnego dnia, idąc główną ulicą miasta, minęliśmy bardzo liczną grupę osób wychodzących z kościoła. Było jakieś święto. – Przyjrzyj się tym ludziom, co widzisz? – zapytał mnie mąż. 

– Ale że co? Że to sami starzy emeryci? – odpowiedziałam.
– Właśnie.

I tak w mojej głowie wykiełkował pomysł na wpis. Czemu tej młodzieży, która chodzi do kościoła jest tak niewiele? Dlaczego to mniejszość? Bo wiara to jedno, ale dla wielu młodych potrzebny jest dobry duchowy przewodnik. Ksiądz, który osobowością umiałby porwać i przekonać do nawet najbardziej skostniałych doktryn.
Od jakiegoś czasu prasa opisuje ciekawe zjawisko poszukiwania „idealnej parafii”: „Młodzi ludzie często praktykują clubbing, czyli wieczorne chodzenie po klubach. Katolicy w Polsce podłapali pomysł, z tym, że szukają najlepszego miejsca na celebrowanie mszy świętej. Powody churchingu są różne. Czasem jest to chęć znalezienia kościoła, w którym liturgia będzie najpiękniejsza, a pieśni okrojone do minimum, w innym wypadku rezygnujemy ze swojej parafii, bo nie lubimy proboszcza. Wędrówki motywowane są chęcią szukania czegoś nowego”.

0c5f1fb69b722d2d6f2fa07e0eaf2586

Idąc tym tropem, swoje własne poszukiwania księdza, z którym szło się dogadać, mogłabym nazwać priestingiem – czyli ciągłą zmianą odwiedzanych parafii – w poszukiwaniu dobrego i serdecznego człowieka. Nie takiego, który co niedziela będzie mnie szczuł na innych. Na „TYCH lewaków”, gejów i aborcjonistki. Nie takiego, który powie mi, na kogo mam głosować w wyborach, bo jak nie – to PIEKŁO. I nie takiego, który będzie mi zaglądał pod kołdrę, czy aby na pewno facet, z którym śpię, jest moim mężem. Jeśli już mam poświęcić cenne półtorej godziny na podróż i wizytę w kościele, chcę posłuchać o rzeczach dobrych. O tym, jak wybaczyć fałszywej koleżance z pracy, jak nie czuć zazdrości o męża, albo jak dostrzec dobro w brutalnym mordercy.

3 - Kopia

Priesting zaliczyłam dwa lata temu, w trakcie swoich dramatycznych przygotowań do ślubu. Dramatycznych, bo spotkałam na swojej drodze proboszcza, który jak wiecie, postanowił mnie „zniszczyć” (cała historia TUTAJ). Musiałam szukać pomocy w różnych parafiach, bo albo brakowało mi zaświadczenia z bierzmowania, albo kolejnego dokumentu o ukończeniu jakiegoś kursu. Słowem, kościelna papierologia, bez której nie mogliśmy wziąć wymarzonego ślubu. Spotkałam wielu kapłanów. Rozmowy miały różny ton. Najczęściej – to ja byłam tą złą.

8c9df8c5b1e5883dd5aadc3e007382e8

Kilka miesięcy trwało, zanim udało nam się załatwić wszystkie potrzebne dokumenty i formalności. Sprawa była utrudniona przez mściwego proboszcza, który wykonał „kilka” telefonów,[sociallocker] by żaden inny ksiądz w archidiecezji nie chciał nam pomóc w organizacji ślubu. Szukając pomocy, musiałam odwiedzić przynajmniej kilka parafii. Niestety. W każdej padały wścibskie pytania – czy mieszkamy razem przed ślubem, czy chodziłam na religię w liceum, jakie mam zdanie o antykoncepcji. Pytania niewygodne. Młodzi nie chcą ich słuchać. Odpowiedzi i tak przecież nie zadowolą księdza. Sytuacja kłopotliwa dla obu stron, ale oni i tak chcą pytać dalej. Doszukują się zła w każdym.

Ksiądz-i-google6
A ja chciałabym dostać kredyt zaufania. Żeby tak jakiś ksiądz, na którego się kiedyś natknę, z góry założył, że jestem kimś dobrym. By wierzył we mnie bez zadawania pytań.

I tak właśnie się stało. Pewnego dnia, całkiem już zrezygnowana rozmowami ze stetryczałymi poglądowo księżmi, trafiłam do parafii na peryferiach miasta. Potrzebny był kolejny papier, a jego zdobycie wymagało ode mnie uczestnictwa w kilku mszach i spotkaniach. Tamten ksiądz na imię miał chyba Krzysztof. Na oko trzydzieści kilka lat, świetnie dogadywał się z dzieciakami, z szacunkiem podchodził do starszych. Widział, że jestem tam obca. W jego kancelarii wspomniałam, że potrzebuję tylko papierka, by móc wreszcie wziąć ślub. O nic nie pytał, czuł chyba, że mam jakieś kłopoty, skoro trafiłam aż na jego peryferyjną parafię. Poklepał mnie dobrodusznie i powiedział:

– Ja widzę w twoich oczach, że jesteś dobrym człowiekiem. Masz wielkie serce. Tylko tyle mi trzeba. Nie musisz przychodzić, jeśli masz daleko, my ci ten papier wystawimy na koniec spotkań. Jeśli nie masz pieniędzy, nic nie dawaj, to nieobowiązkowe. W końcu to tylko zwykły kawałek kartki z moją pieczątką.

85cab39400d1ed1a37f576b02935a1bb

A mnie jakby grom uderzył. What?! Myślicie, że po jego słowach nie chciało mi się potem chodzić do jego kościoła? Ja jeździłam tam na skrzydłach. Nawet do organizacji jakiejś procesji się zgłosiłam. Żudit, lewacka woodstokowiczka.
Za tym księdzem pojechałabym wszędzie. Wiem, wiara to nie budynek i nie ten człowiek w sutannie. Ale w końcu coś musi mnie tam przyciągać, a dobry i mądry ksiądz to chyba właśnie to. Kapłani są żywą reklamą kościoła. Jak go dziś promują, wiemy wszyscy. Jeśli ja wierzę w Boga, to wierzę też, że i ludzie są dobrzy. Księża niestety już rzadko kiedy widzą w innych dobro.

34d78b2b393ef7c27a853be3b3898c6a

Dlatego mi do nich daleko.  Naprawdę nie wiem, kto to „aborcjonistka, zabójczyni” – ja widzę tylko nieszczęśliwą, wystraszoną kobietę. Nie wytykam palcem gejów, kojarzę tylko wartościowych facetów, którzy kochają równie mocno, tyle, że innych mężczyzn. Widziałam (także w swojej rodzinie) piękne dzieci z in vitro i ich szczęśliwych rodziców. Jakie w tym zło? Nie dziwcie się więc, że mam opory chodzić do miejsc, w których nastawia się mnie źle do innych.

Cały mój priesting to kilkunastu spotkanych księży, a wśród nich – może dwóch wartościowych gości. Z oczyma szeroko otwartymi. Takich, którzy znają skamieniałe dogmaty Kościoła, szanują je, ale wiedzą, że młodym potrzeba czegoś na miarę teraźniejszości. Potrzeba im zwykłego zaufania.[/sociallocker]