nieCodzienność

Znalazłam tę jedyną.

„Przeżyła umieranie swojego synka. Przeżył je też on, wbrew najczarniejszym scenariuszom. I postanowiła, że będzie pomagać umierającym dzieciom. Wzięła w swoje ręce najtrudniejszy temat świata”. 

Pamiętacie, gdy po wyjeździe na konferencję blogerów do Poznania, zauroczona wystąpieniem Konrada Kruczkowskiego o tym, jak można pomagać przez blogowanie, postanowiłam się zmobilizować? Że od teraz moja odwieczna chęć pomagania może zostać zrealizowana, ale bardziej konkretnie i w sposób przemyślany. W skrócie. Najważniejsze jest to, że wybieram jedną polską fundację, do której zgłaszam się jako bloger – wolontariusz, komunikując, że chce się z nią związać na stałe. Szukając TEJ JEDYNEJ przypomniałam sobie, że kilka miesięcy temu, siedząc w autobusie do Warszawy, czytałam najpiękniejszy wywiad w swoim życiu. Z jednej ze stron papierowych Wysokich Obcasów uśmiechała się do mnie kobieta o oczach ciepłych i głębokich jak studnia. To była pani Tisa, prezes fundacji Gajusz.

z17155676Q

fot. Agencja Gazeta

Jej fundacja działa prawie 17 lat. „Obiecałam sobie, że ją założę, kiedy mój synek Gajusz był w szpitalu, a ja zrozumiałam, że to się chyba skończy źle. Kiedy miał dziewięć dni, pojechałam z nim do przychodni. Niby nic poważnego, trochę się krztusił podczas jedzenia. Pielęgniarka na niego spojrzała, podniosła telefon i powiedziała do lekarza: Mam noworodka w ciężkim stanie. Lekarka codziennie, chyba w ramach tortury, powtarzała mi, że moje dziecko nie ma szansy na przeżycie. Jego wyzdrowienie traktowano potem w kategoriach cudu. A naprzeciwko nas leżała dziewczynka z domu dziecka chora na białaczkę. Była zupełnie sama. Nie było mnie, kiedy umierała, ale salowa powiedziała mi, że okrutnie cierpiała z bólu. Była sama i płakała. Wtedy pomyślałam, że pewnie jest wiele takich terminalnie chorych samotnych dzieci.

(…) Wcześniej prowadziłam hospicjum domowe. Pod naszą opieką była dziewczynka, która cierpiała na bardzo ciężką chorobę. Jej mama była prostytutką. Do mieszkania sprowadzała klientów. To było 12-letnie, świadome dziecko. Ona czasami dzwoniła do nas i mówiła, że nie dostała lekarstw, że ma 40 stopni gorączki, jest głodna, źle się czuje. Wysyłałam do niej wolontariuszy, lekarzy, ale mama ich nie wpuszczała, bo byli klienci”.

tisa zawrocka

fot. Agencja Gazeta

Na czym polega rodzina zawodowa?

„My nie zastępujemy rodziców, to niemożliwe, ale stwarzamy więzy. Widzimy to. Michał jest od długiego czasu dzieckiem umierającym, leży. Ale kiedy ktoś jest obok niego i głośno czyta, poprawiają mu się parametry. Na logikę to jest niemożliwe, bo jest nieprzytomny, ale dzieci w najgorszym nawet stanie reagują na obecność”.

Potem był pomysł, by hospicjum stało się pałacem…

„Tę myśl podsunęła mi koleżanka: Tisa, odczarujmy ten smutek. Najpierw pomyślałam, że to pretensjonalne trochę, że za dużo patosu. A potem, że to nie chodzi o mnie ani o mój odbiór świata. Że to jest taki rodzaj energii, jakiej te dzieci pewnie potrzebują. I że wszystko, co tak naprawdę mają od nas dostać, to powinna być pigułka tego, co normalnie dzieci przeżywają w swoim dzieciństwie. Wierzę, że każde dziecko, które widzi i kojarzy, czuje, że jest w ładnej przestrzeni. Przestrzeń wpływa na emocje ludzi, którzy nas odwiedzają. Widzą, że nie są w jakimś bidulu, tylko że dzieciom jest u nas miło. My dajemy im sygnał: tym dzieciom należy się to, co najlepsze. To musimy im dać. I to szybko. Kiedy ktoś jest umierający, to powinniśmy zrobić wszystko, żeby nie cierpiał”.

FG6A9201

Po lekturze wywiadu z Tisą Żawrocką, którego fragmenty przeczytaliście powyżej, nie wyobrażałam sobie nie zgłosić się do fundacji Gajusz. To było magiczne – najpierw mail do Pani Tisy, z nieśmiałym wyjaśnieniem, kim jestem, o co chodzi z tą całą blogosferą, zasięgami, lajkami. Potem Jej wzruszona odpowiedź. Kilka godzin później już rozmawiałyśmy przez telefon, jak można fundację przez blogosferę wspierać. To niesamowite, usłyszeć głos kobiety, która swoim życiem, ideami, dążeniami przenosi góry. Robi rzeczy najpiękniejsze i zarazem najtrudniejsze z możliwych.

Pani Tisa zaprosiła mnie do Łodzi, bym mogła odwiedzić i poznać podopiecznych Fundacji. Wiem, że pewnego dnia Ich wszystkich spotkam. Zbieram tylko siły i odwagę.

Marzę dziś, że pewnego dnia skala pomocy się odmieni, że być może normą stanie się, że każdy bloger oprócz tego, że buduje zasięgi, równolegle też będzie pielęgnował relację z wybraną przez siebie fundacją.

A teraz najważniejsze. Poznajcie proszę Kubę, kilkulatka, na którego widok popłakałam się, jakby obwiniając samą siebie za cały ból, jaki dźwiga. To chłopiec, którego gdyby to było możliwe, nie wypuściłabym z ramion.

waleza kubusiek na fb i aga

Kilka dni temu skończył 4 latka. Będzie – jak najszybciej – potrzebował zawodowej, specjalistycznej rodziny. „Trafił do nas ze wskazań losowych i również – medycznych. Jego mama spowodowała ciężki wypadek samochodowy, sama ma trwale uszkodzony mózg, jest głęboko niepełnosprawna, zaś tato samotnie wychowuje czworo maluchów.

Kuba waleza 2

Kuba zamieszkał w Pałacu ponad rok temu, wydawał się dzieckiem prawie bez kontaktu, nie siedział, nie interesowały go zabawki. Ojciec twierdził, że w domu był inny – bawił się, często śmiał. Szukaliśmy więc choroby, która tak szybko postępuje… Okazało się, że to złamane serce – czyli, mówiąc bardziej naukowo – trauma separacyjna po rozłące z rodziną. Teraz powoli zaczyna żyć, ufać, kochać. Ale tylko miejsce w rodzinie może ocalić Kubusia.

Kuba waleza z wolont

Poszukiwana jest jednak specjalistyczna rodzina. Mówiąc prościej, taka rodzina to forma pracy zawodowej do czasu osiągnięcia przez dziecko pełnoletniości. 1500 zł otrzymuje się na potrzeby podopiecznego, a drugie tyle jako wynagrodzenie, zaś formą zatrudnienia jest umowa zlecenie. W tym wszystkim można korzystać ze wsparcia fundacji Gajusz. Pomagać można także, uczestnicząc w zbiórkach pieniędzy np. na sprzęty dla dzieci. Opcji jest wiele, najtrudniej jednak jest znaleźć tę rodzinę”.

A dzieci samotne i chore powinny mieć rodziców.

Tu znajdziecie kontakt do fundacji Gajusz, w razie, gdybyście chcieli zostać jej wolontariuszami, lub jeśli sami pomocy potrzebujecie.