nieCodzienność

Dlaczego jestem wierząca?

Dziś będzie tkliwiej. Ale muszę ją Wam opisać, bo tylko dzięki niej tu dziś jestem. To rodzaj wiary, który zmienia życie ludzi i programuje ich przyszłość. Jest to wiara wbrew wszystkiemu i niepodlegająca dyskusji. Mam ją w sobie od lat.


„Słynny pilot oblatywacz Bob Hoover, często startujący w pokazach powietrznych, wracał kiedyś do domu w Los Angeles z pokazu w San Diego. Na wysokości trzech tysięcy stóp nagle przestały mu pracować obydwa silniki. Tylko dzięki zręcznym manewrom Hooverowi udało się wylądować i nikomu nic się nie stało, ale maszyna uległa całkowitemu zniszczeniu. Pierwsze, co zrobił Hoover po lądowaniu awaryjnym, to sprawdzenie paliwa. Tak jak podejrzewał, śmigłowiec z czasów II wojny światowej, którym leciał, napędzany był paliwem odrzutowym, a nie benzyną.

Po powrocie na lotnisko zażądał spotkania z mechanikiem, który szykował samolot do startu. Ten młody człowiek był wręcz sparaliżowany strachem z powodu błędu, który popełnił. Łzy nabiegły mu do oczu, kiedy zbliżał się Hoover. (…) Należało się spodziewać, że pilot zrobi piekielną awanturę za to niedopatrzenie. Jednakże Hoover nie zrugał mechanika. Nawet go nie pouczył. Zamiast tego położył swoją wielką rękę na ramieniu młodego człowieka i powiedział: „Ponieważ jestem pewien, że nigdy więcej tego nie zrobisz, proszę, abyś jutro przygotował do startu mojego F51.”

Jak myślicie, ile da z siebie człowiek, któremu wbrew okolicznościom powiemy wprost, że w niego wierzymy? Oczywiście, że 100 procent.

_DSC1913

Do tego wpisu zainspirowała mnie niedawna rozmowa z przyjaciółką. Studiuje prawo, przed nią jeszcze kilka lat do ukończenia nauki. Ale już dziś myśli o robieniu aplikacji – tylko nie tej „zwykłej”, ale ogólnej – jeszcze trudniejszej. Po jej skończeniu może zostać panią sędzią lub prokurator. Przyjaciółka mierzy więc bardzo wysoko. A wiecie dlaczego? Bo całkiem niedawno ktoś w nią wreszcie uwierzył:

– Wiesz, dopiero gdy poznałam swojego męża, poczułam się dowartościowana. Ani tato, ani mama nie wierzyli, że mogę coś w życiu osiągnąć. To zawsze było tak mega dołujące. Wyobraź to sobie – nikt nie powie dobrego słowa, nie da pozytywnego kopa do działania. Nie powie, że jest z ciebie dumny – mówiła.

Słuchałam jej z wielkim gulem. Że też musiała czekać tyle lat, stać się dorosłą osobą, by dopiero jej facet szczerze w nią uwierzył. By powiedział na głos rzeczy, które mocno dowartościują. Ja też tego wieczoru byłam przekonana, że siedziała przede mną przyszła pani sędzia. Powiedziałam jej, że widzę ją oczyma wyobraźni za kilka lat i, że do tego zawodu nadaje się idealnie. Bo to prawda – jest rezolutna, bystra i sprawiedliwa. Mnie, obcemu człowiekowi zdawało się, że wierzę w nią bardziej niż rodzice, o których wczoraj mi wspomniała.

_DSC1872

Prawda jest jednak taka, że kiedyś sama dostałam taką wiarę jakby „na zapas”. Byłam jeszcze małym gryzipiórkiem, 10-latką zaledwie, gdy od starszej przyjaciółki, z którą wymieniałam listy, usłyszałam takie słowa:

– Ty piszesz naprawdę pięknie, twój język jest bardzo dojrzały jak na dziecko – kiedyś będziesz żyła z pisania, jestem tego pewna – mówiła.

Jej słowa wydawały mi się piękne, ale nierealne. Czasem wracam do tych naszych starych listów. Czytając je, pojęcia nie mam, dlaczego wtedy mi tak powtarzała – może wiedziała, jak motywująco działają komplementy dawane „na wyrost”. Gdy z ciekawości czytam swoje listy pisane ręką 10-latki, widzę, jak ubogi miałam język. Moje opisy zdarzeń ograniczały się raczej do oznajmień: „byłam, poszłam, zobaczyłam”. Mimo to Ona ślepo, jakby dla samej zasady wiary w dziecko była pewna dalszych moich sukcesów. Tak samo, jak tego, że na drugi dzień wstanie słońce.

_DSC1920

Ta jej ślepa wiara we mnie działała przez całe moje życie. Jak samospełniająca się przepowiednia. By faktycznie mieć coraz lepszy styl pisania, czytałam setki książek, poszłam na polonistykę, zapisałam się na studia doktoranckie. Do końca życia mam już zakodowaną jakąś przedziwną potrzebę doskonalenia języka. Wiem, że dziś być może piszę lepiej, niż jeszcze miesiąc temu. Ale ciągle mi tej nauki mało :)

…Była też druga programatorka moich pierwszych dorosłych sukcesów. To budząca postrach pani polonistka z podstawówki.

W czasie, gdy miałam u niej jedynie czwórkę z polskiego, ona powiedziała mi, że jestem jej najzdolniejszą uczennicą. Wtedy, jak to dziecko, które ze wszystkiego wolałoby mieć szóstki, nie rozumiałam, czemu jestem taka najlepsza, skoro na koniec roku dostałam u niej „tylko” czwórkę. Nie mogłam wręcz przeżyć, ale jednocześnie też podświadomie chciałam sprostać jej pięknym słowom.

_DSC1965

Były jak wyzwanie. Do dziś pamiętam, że jako dziesięciolatka (!) prosiłam swoją babcię, by zamiast lalek czy słodyczy kupowała mi w „Świecie Książki” jakieś zaawansowane poradniki do nauki gramatyki i interpunkcji. Mam je do dziś! Chciałam sprostać komplementom ukochanej polonistki. To było niemal jak sprawa honoru. Dlatego już rok później na świadectwie miałam szóstkę z polskiego, a nawet – odbierałam dyplom „Szkolnego Mistrza Ortografii” za bezbłędnie napisane dyktando międzyklasowe. Potem ta sama polonistka zaprosiła mnie do współtworzenia gazetki szkolnej – i w tym dziennikarskim kierunku potoczyło się już całe moje życie:)

Czasem warto powiedzieć komuś komplement wbrew wszystkiemu!

Zdjęcia: boska Aga Waśkiel

_DSC1942

_DSC1952