Mama Żudit

To nie jest moje PRAWDZIWE dziecko

PRAWDZIWE DZIECKO… a czy mogą jakieś być inne? Mogą.  Dziś, gdy jestem w Warszawie, w kolejnej delegacji, piękną opowieść publikuje dla Was moja mama: 

To jest znana historia, która się wydarzyła wiele lat temu i właściwie mogłaby się przytrafić każdemu z Was, bo życie pisze najróżniejsze scenariusze. Zaczęło się banalnie. Młoda dziewczyna, Ewa wyjechała z małej podlaskiej mieściny na studia do dużego miasta. W końcu wyrwała się z tej dziury (jak o niej myślała), bo co ją czekało na tym zadupiu… rolnik z traktorem i gromadka dzieci. A ona chciała innego życia, strasznie ją ciągnęło do wielkiego świata. Studia były jedyną szansą wyrwania się z domu. To były trudne czasy, kilka lat po stanie wojennym w Polsce. Wiele zmian i nikomu się nie przelewało, a w domu jeszcze przecież było młodsze rodzeństwo. Jej koleżanki po maturze myślały tylko o jednym: ,,Złapać bogatego faceta i wyjść za mąż”.

Ewa nie myślała o tym, wtedy jeszcze chciała się uczyć i zobaczyć kawałek świata. Mówili, że ma nie po kolei w głowie, bo po co dziewczynie studia skoro i tak będzie niańczyć dzieci. Na szczęście dobrze zdała egzaminy wstępne (wtedy jeszcze były), a potem dostała stypendium. Wyjeżdżała z domu z duszą na ramieniu oraz – starą walizką. Nie będę tu już opisywać, co się działo na uczelni, bo lekko na pewno jej nie było, ale zaczęła spełniać swoje marzenia. Traf chciał, że na jakiejś studenckiej imprezie poznała chłopaka o 5 lat starszego. Od słowa do słowa okazało się, że pochodzą z tej samej miejscowości, ale on nigdy nie zwracał uwagi na jakąś chudą smarkulę. Dopiero tutaj wpadła mu w oko. Musieli przejechać 300 km, żeby się poznać… a mieszkali 150 m od siebie.

IMG_7409

Wydawałoby się, nudna historia jak wiele innych, ale ich życie jednak nie było takie nudne. Oboje nie chcieli żyć jak ich staruszkowie, niestety – mieszkanie w mieście sporo kosztuje. Marek dostał propozycję pracy za granicą na jakiejś budowie (był inżynierem), a Ewa została tutaj. Byli taką parą z doskoku. Dorabiali się. Oboje bardzo zajęci, lata leciały. Chociaż ich znajomi dawno mieli dzieci, Ewa uważała, że jeszcze mają czas, a on coraz tęskniej spoglądał na dzieciaki swojej siostry i uwielbiał się z nimi bawić. To może trochę nienormalnie, bo przeważnie jest odwrotnie.

Kiedy Ewa miała 35 lat, zaczęły się jakieś dziwne bóle brzucha i różne inne babskie problemy. Znajomy ginekolog pierwsze co jej zrobił to cytologię i USG, bo się okazało, że ona nie robiła ich jakieś 12 lat. Myślała PO CO, PRZECIEŻ BYŁA ZDROWA. Z badań wyszło, że ma raka szyjki macicy. Dla niej jedynym ratunkiem była operacja, chemia itp. Ewkę jakby piorun strzelił: CHCE PAN MI MACICĘ WYCIĄĆ?

PRZECIEŻ JA NIE MAM DZIECKA! Nie miała, ale gdyby tego nie zrobili, mogłaby umrzeć. Na szczęście fizycznie lekarze jej pomogli, ale od tamtej pory miała obsesję na punkcie dzieci. Sama nie mogła urodzić, więc jedynym wyjściem była adopcja. Po dwóch latach oczekiwania trafił do nich 3-letni Kubuś. Marek zwariował ze szczęścia. Śmiał się, że stary chłop, a totalnie zakochał się w trzylatku. A Ewa? Dziwna sprawa… wcześniej obsesyjnie myślała o dziecku, a teraz nie była w stanie okazać radości, bo ciągle miała w głowie, że ono nie do końca jest jej. Zajmowała się nim, ale bez okazywania czułości. Taka zimna ryba. Aż raz, późną jesienią Marek nie wytrzymał i jej wygarnął: CO Z CIEBIE ZA MATKA, ŻE NAWET DZIECKA NIE UMIESZ PRZYTULIĆ. Zaś ona w złości wykrzyczała, że TO NIE JEST JEJ PRAWDZIWE DZIECKO, bo ona go nie urodziła. Nie była w stanie się przełamać i go pokochać.

IMG_7265

Kubuś akurat bawił się w pokoju obok, wszystko usłyszał. Miał 4 latka i jak to dziecko, pomyślał, że skoro on jest nie prawdziwy, to kupi mamie prawdziwe dziecko. Wziął z półki skarbonkę i po cichu wyszedł z domu. Rodzice się dalej kłócili, myśleli, że mały śpi. A Kubuś zaczął chodzić z tą skarbonką od sklepu do sklepu i wszędzie pytał gdzie może kupić PRAWDZIWE DZIECKO DLA MAMUSI, bo on jest nieprawdziwy.

Błąkał się tak po mieście prawie dwie godziny. W końcu go znaleźli przemarzniętego i mokrego. Na drugi dzień trafił do szpitala z ciężkim zapaleniem płuc, miał problemy z oddychaniem. Był w bardzo ciężkim stanie, mógł umrzeć. Tej nocy, kiedy chłopczyk tym swoim maleńkim ciałkiem walczył o życie, Ewa zrozumiała, że przecież on jest jej. NIE MOŻE GO STRACIĆ. Nareszcie w jej głowie i w sercu urodziło się JEJ PRAWDZIWE DZIECKO. Teraz ma je stracić? Boże, nie! Zaczęła szlochać trzymając go za rączkę. Mały się na chwilę obudził i wyszeptał:  Mamuuuś nie płacz nie znalazłem dla ciebie prawdziwego dziecka. Ewa go przytuliła

– Skarbie, ty jesteś NAJPRAWDZIWSZY.

Tekst: Mama Żudit

Zdjęcia: Pikolina

IMG_7273