Taki Lajf!

Znów nie wpadłam

Pamiętam, jak pewnego dnia przy stole moja ukochana babcia opowiadała o swojej młodości. Trudne czasy powojenne, jedna chatka, w której na kupie żyła siedmioosobowa rodzina. 

Codzienne wypędzanie krów wczesnym rankiem, oporządzanie gospodarstwa, które było obowiązkiem dzieciaków zaledwie przecież kilkuletnich… O tamtych czasach opowiadała mi tak:

– To nie taaakie luksusy, jakie teraz WY wnusiu macie. Możecie sobie z rana zjeść śniadanie i pójść do szkoły, nie wiecie nawet, jaki to komfort. Ja w twoim wieku przed pójściem na lekcje musiałam wypędzać krowy na oddaloną od domu łąkę. Nieraz było mi tak zimno, że aby ogrzać bose stopy (bo któż tam miałby wtedy buty na własność?!) wchodziłam w świeży, jeszcze parujący krowi placek, bo był ciepły. A wy teraz nie doceniacie tak wielu rzeczy, że serce mi boli – mówiła. Do dziś z braćmi śmiejemy się z tej opowieści. Tylko że śmiejemy grzecznie, ze wzruszeniem.

Babcia opowiadała wtedy również o lampach naftowych i wspaniałych sąsiadach. Był taki zwyczaj, że do późnego wieczora wszyscy oni siedzieli w jednym z okolicznych domów (domy, w których się spotykano, zmieniano, żeby było sprawiedliwiej) – śpiewali, rozmawiali, wspominali – byle tylko siedzieć przy jednej lampie naftowej i oszczędzać swoje. Bo kto by tam miał wtedy pieniądze, by marnotrawić je na siedzenie przy lampie w pięciu domach jednocześnie!

IMG_7376

A skoro dzieci nie miały nawet butów, a ich rodzice oszczędzali także na nafcie do lampy, któż by mógł mieć na tej beztroskiej wsi telefon? Jeśli więc i jego nie było, do sąsiadów szło się jak do siebie, bez uprzedzenia i zapowiedzi. Ot, wchodziłeś, przestępowałeś próg sieni i już! Potem były już tylko te beztroskie rozmowy i śpiewanie.

Przenieśmy się jednak w nasze czasy. Przedwczoraj wieczorem, gdy siedziałam z K. w naszej kuchni w stylu wczesnego Gierka, nagle zadzwonił dzwonek do mieszkania. Poderwaliśmy się z krzeseł mocno zdziwieni:

– KTO TO MOŻE BYĆ? NIE WIESZ?

– NIKOGO NIE ZAPRASZAŁAM! – odparłam.

Do naszej samotni nikt przecież nie przychodzi bez uprzedzenia. Dlatego po cichu, na palcach zakradłam się do wizjera w drzwiach prowadzących na korytarz. Cisza – wstrzymałam oddech (no przecież nie mogłam mu tak zwyczajnie otworzyć, bo to jakiś złoczyńca mógł być), by w judaszu zobaczyć nastoletnią dziewczynę zbierającą podpisy dla rady osiedla. „Zagrożenie” minęło, można było otwierać.

IMG_7340

Wczoraj pojechaliśmy z K. na białostockie osiedle Piasta. Na jednym z parkingów, pod blokiem naszych wieloletnich przyjaciół stało auto, które trzeba było odebrać po urodzinowej imprezie u koleżanki. Ciepły wieczór, stanęliśmy zamyśleni przy naszym samochodzie, kiedy K. zapytał:

– To może zajdziemy do Izy i Rafała? Przywitać się chociaż. Zobacz, wrócili już z pracy. Palą się wszystkie światła w ich mieszkaniu.
– No coś ty, tak bez słowa uprzedzenia? Wkurzą się na nas. To nieładnie – odpowiedziałam.

Stanęliśmy pośród tej nocy i przez chwilę zawahaliśmy – odwiedzić przyjaciół, naturalnie, jak gdyby nigdy nic, czy pojechać do domu? Uznaliśmy jednak, że są zmęczeni, pewnie niedawno wrócili z pracy, robią sobie kolację, TO JEDNAK NIE WYPADA.

Ale potem w głowie zaświtała mi druga myśl: „Hej, skoro już tu jesteśmy, odwiedźmy chociaż Pikolinę, przecież mieszka trzy bloki dalej!”. Na co odpowiedział mi K:

– No spoko, ale może jej Maciek nie lubi takich gości bez uprzedzenia? Niby się z wizyty ucieszą, a potem w duchu POMYŚLĄ: „co to za najścia?”.

Nie odwiedziliśmy więc nikogo. To szerlokowanie pt. „co inni powiedzą” zaprowadziło nas jedynie na siedzenia naszego auta, a potem do mieszkania. Samotni, do której też nikt bez uprzedzenia nie puka.

Myślę sobie dziś, jaka wielka szkoda, że zwyczaj wpadania bez zapowiedzi odszedł do skansenu, dokładnie jak te piękne naftowe lampy.

Zdjęcia:  dla odmiany, Żudit.

IMG_7237a

IMG_7361

Zdjęcie poniżej: Pikolina

IMG_7504