Korki z pisania

Prawdziwe niedole białostockiego reportera

Ci, którzy znają mnie bliżej, wiedzą, że mam fioła na punkcie międzywojennej prasy gadzinówkowej (tej w stylu dzisiejszego „Faktu”) i towarzyskich skandali tamtego okresu. Kiedy więc przyjechałam do Białegostoku studiować polonistykę, byłam spragniona przede wszystkim zabytków i opowieści. 

Tymczasem, na pierwszy rzut oka miasto było jedynie zabetonowanym pustkowiem. W centrum żadnej urokliwej kamienicy (te wiekowe straszyły wybitymi oknami i zionęły pustką – trzeba ich było szukać w głębi miasta, bo centrum z różnych powodów dawno ustąpiło miejsca PRL-owskim klockom). Stąd też Białystok wydawał się być zabytkowym pustkowiem do tego stopnia, że nazwanie Rynku Kościuszki (czyli samego centrum) starówką było po prostu złośliwym szyderstwem.

kamienica

fot. Wikipedia

 

Klimatycznych miejsc i zabytków szukałam więc na własną rękę. Tam, gdzie z pozoru nic nie było widać. W przewodnikach czytałam przedwojenne historie, które wydarzyły się pod konkretnymi adresami, a potem jechałam rowerem w te miejsca, by wczuć się w klimat i wszystko sobie wyobrazić. Chodziłam na stare żydowskie cmentarze, w parkach potrafiłam zaczepiać przypadkowe staruszki pytając, czy pamiętają, jak tu w okolicy stała „ta żydowska synagoga, która spłonęła z ludźmi w środku”. Znajomym, którzy odwiedzali mnie w Białymstoku nieraz na samym środku ruchliwego skweru opowiadałam: spójrz, tu w tej niepozornej kamienicy przed wojną był żydowski kinoteatr, przed którym pewnego dnia wybuchła strzelanina. Tu natomiast, w miejscu tego bloku stał kiedyś cieszący się ponurą sławą „hotel samobójców”, z okien którego ludzie skakali niemal na potęgę. -Spójrz, a teraz jesteśmy na ulicy Malmeda, w tym dokładnie miejscu pewien odważny żyd o imieniu Icchock oblał kwasem SS-mana. Przypłacił to życiem – tam, kilkaset metrów dalej stała szubienica, na której Niemcy demonstracyjnie go powiesili. A w tej tutaj, od lat stojącej naprzeciw kościoła kamienicy, był kiedyś największy dom publiczny w mieście!

rynek

fot. Wikipedia

 

O zabytkach i skandalach przedwojennego Białegostoku mogłabym opowiadać godzinami. Nikogo z moich znajomych nie zdziwiło więc, gdy na studiach doktoranckich za temat pracy obrałam sobie językowy obraz miasta w przedwojennej białostockiej prasie. Wertując stare gazety, czytałam historie rodem z horrorów – napady z bronią w ręku w ciemnych zaułkach, zabójstwa; niedole mężów przyłapanych przez żony na korzystaniu z usług „cór Koryntu”.

Szczególnie rozbawił mnie artykuł o utrapieniach przedwojennego reportera. Często pytacie, jak to jest pracować w redakcji, jakie dziennikarz miewa problemy, z czym najtrudniej mu jest się w tej pracy borykać… Tymczasem doskonała odpowiedź, w dodatku napisana pięknym językiem, znajduje się w gazecie z 1929 roku! Okazuje się, że czas nie ma tu znaczenia, bo nic nie zmienia się w „niedolach reportera”:

„Do jednej z białostockich redakcji przyszedł bardzo strapiony swoją niedolą reporter. Poprosił kolegów po fachu o rozweselenie od utrapienia, jakiego znieść już nie może.

10511457_812389228868298_3014919075618976771_o1

– Wyobraźcie sobie powiada – pracuję jak wół, jak niewolnik, gonię za sensacjami, wiadomościami, nowinami od rana jednego do świtu następnego, a jaką mam za to podziękę? Kiedy przynoszę naczelnemu te z takim mozołem uzbierane wiadomości, zaczyna naczelny zupełnie bezczelnie krytykować i kwalifikować.

– Usiłowanie samobójstwa… Też mi coś – powiada naczelny – Jak się ktoś upije w jakiejś knajpie, a później oczywiście wytrzeźwieje, to kogo to obchodzi? Dawaj mi pan kompletnego wisielca, przestrzelonego na wylot i otrutego jodyną, zmieszaną z esencją octową…

Albo pożar. Naczelny krzywi się: Co?! Tylko dwa chlewy się spaliły i 3 świnie? To jest zawracanie głowy, a nie pożar. Panie szefie – powiada utrapiony reporter – przecież ja dla pańskiej przyjemności nie podpalę ratusza miejskiego! Co ja mogę zrobić, jeśli u nas nic się nie pali? Panie szefie, czy ja nie chcę, żeby się paliło? Jeśli pan mnie zna, to pan wie, że ja najlepiej się czuję, wtedy, kiedy zdarza się jakiś wielki pożar, tak przynajmniej na 200 wierszy… Wtedy to można tak ładnie napisać o tym, jakim strasznym żywiołem jest ogień, alarmować wszystkie władze, chwalić dzielną straż ogniową, ubolewać nad stratami pogorzelców itd. Tak, tak, panie szefie, ja bym więcej niż pan wolał, aby choć co dzień były pożary. Ale trudno, los nie łaskaw dla reporterów…”.

 

Zauważcie, jak w tym zawodzie mało się zmienia! Sama pamiętam ten stres, gdy przychodziłam do swojej newsowej redakcji – koniecznie z trzema chodliwymi tematami „do zdania” redaktorowi. Nie miałeś pomysłu na dobry materiał? Atmosfera pracy potrafiła być naprawdę nieciekawa.

Kochani, wpisujcie swoje miasta w komentarzach – może znacie jakieś zapomniane, przedwojenne historie ze swoich okolic? Czytanie takich opowieści wprost kocham! <3

PS Do niedawna mój Snapchat służył tylko do sporadycznego wysyłania śmiesznych rzeczy koleżankom – ale teraz zapraszam tam Was wszystkich –  dodajcie  zudit_blog do znajomych i czekam na Wasze snapCzaPy :)