nieCodzienność

Przesuńmy to morze, czyli nie taki remont straszny

Wiecie już, że na co dzień pracuję w redakcji gazet wnętrzarskich. Niemal każdego dnia słyszę przedziwne historie o remontach i urządzaniu – nie tylko od dziennikarzy starszych stażem, ale także – od architektów wnętrz.

Czasem, gdy dzwonię do nich, by dowiedzieć się, jak kuchnia/łazienka, którą przedstawiam w gazecie została zaprojektowana, słyszę niecodzienne remontowe opowieści. Bywa, że jakaś polska bizneswoman kupi sobie mieszkanie „pod szafę” – bo życzy sobie, by wreszcie przedwojenna komoda odziedziczona po babci miała godne miejsce w salonie i po latach wyszła z mroków piwnicy. Ponoć też, inny polski inwestor bardzo chciał wybudować dom przy samym morzu, z wyjściem na plażę. Taki pomysł odradzał mu jednak wynajęty architekt: – Proszę pana, morze co roku zabiera jakiś odcinek plaży, taki dom istniałby tam maksymalnie 5 lat! Oto mijają dwa lata, biznesmen dzwoni do swojego architekta i mówi: – Wie pan co, nawet mi się podoba życie w tym domu – co mamy zrobić, by morskie fale nie zniszczyły go tak szybko? Okazuje się, że jedynym wyjściem jest przesunięcie linii morza, zbudowanie specjalnych zapór na odcinku kilometra, co mogłoby niestety kosztować nawet dwa miliony złotych. – Koszty nie mają znaczenia, proszę mi przesunąć to morze! – odpowiedział inwestor.

IMG_7823

Ja natomiast, jak Wam już wspominałam, żyję sobie w takim oto paradoksie: na co dzień opisuję najbardziej designerskie meble, kuchnie warte nawet 100 tys. złotych, wnętrza od drogich projektantów, tymczasem moja własna łazienka ma styl a’la wczesny Gierek. Płytki na jej ścianach czasy swojej świetności przeżywały 30 lat temu! Kiedy wprowadziliśmy się do naszego obecnego mieszkania, w którym wcześniej żyła para 90-latków, naturalnie więc myśleliśmy o remoncie. Tym bardziej, że to było pierwsze lokum, w którym mieliśmy żyć jako para, bez żadnych współlokatorów. Na pierwszy ogień poszły ściany w dwóch pokojach. Bardzo marzyły mi się żywe i wesołe kolory – miałam więc frajdę, wybierając te pozytywne odcienie zielonego do sypialni i ciepłe, pastelowe beże do salonu. Moim wyborom szybko przyklasnęła mama – od razu zauważyła, że sypialnia w wiosennym odcieniu zieleni to świetny pomysł na energetyczne wnętrze dla młodej pary. Spodobał jej się również pomysł z beżowymi ścianami w salonie – kremowe, winylowe tapety dodają wnętrzu bardzo przytulnego charakteru. Te kolory, choć od remontu minęło sporo czasu, do dziś wszystkim nam się podobają.

Wcześniej jednak zastane przez nas tapety miały bardzo staromodne wzory, były pożółkłe i smutne. Nie chciałam tych naszych ścian malować, bo to wymagałoby remontu o wiele dłuższego, a ten miał być przecież szybki i bezbolesny. Nie wiem jak Wy, ale ja sama w tych kosmetycznych zmianach mieszkania najbardziej nie znoszę obcych ludzi kręcących się po pokojach. Ani nie wyjdziesz wtedy w samej bieliźnie do łazienki, ani też nie pośpiewasz sobie pod prysznicem – bo ktoś obcy wciąż cię krępuje. Na szczęście największy stres związany z aranżacją nowych ścian udało nam się łatwo zniwelować.

IMG_7839a

Jak? Urządziliśmy sobie remont rodzinny. Moi mieszkający 70 km od nas rodzice specjalnie wzięli sobie tydzień urlopu, uzbroili się w rękawiczki, pędzle, szpachelki i przyjechali do nas na kilka dni. Zazwyczaj widujemy się raz na kilka miesięcy, dlatego po raz pierwszy w życiu szczerze ucieszyłam się, że w domu będę miała ten brud, bałagan, kurz ze ścian – ale będziemy w nim sobie działać razem. Na pierwszy ogień poszedł salon – największe wnętrze pod względem metrażu. „Brudną robotą” zajął się tato – to dzięki jego pomocy udało się szybko usunąć stare tapety. Dalej do akcji wchodziła moja mama – przygotowując ścianę pod nowe okładziny.

Cała robota szła bardzo sprawnie – wracając z pracy (nie miałam niestety na czas remontu urlopu) zakasałam rękawy i pomagałam rodzicom w przyklejaniu nowych tapet. Niektórzy pytają, jak przeżyć ten cały bałagan w domu i nie zwariować. Jak przetrwać, gdy w powietrzu unosi się pył, a absolutnie wszystko pod naszymi stopami wyścielone jest brudnymi gazetami. Gdy nie umiemy znaleźć sobie miejsca we własnym domu. Nawet moja koleżanka, której mieszkanie remontują wynajęci fachowcy, czasem, zmęczona i z bólem głowy mówi tak:

– Za każdym razem, gdy jedziemy do domu sprawdzić pracę fachowców, w drodze myślimy tylko, co TYM RAZEM będzie spartaczone. To się chyba nigdy nie skończy!

IMG_7855

Ja natomiast, gdy wracałam do mieszkania, wiedziałam, że rodzice starają się wszystko robić najlepiej – tak, jakby wykańczali ściany we własnym domu. Dlatego moja odpowiedź na to, jak przeżyć remont i nie zwariować była banalnie prosta. O pomoc w pracach najlepiej jest poprosić najbliższych. Na szczęście moja mama, wprawiona w tapetowaniu, do pomocy zaoferowała się sama. Mimo że codzienne chodziłam do pracy, cieszyłam się z każdego powrotu do domu, w którym tak dzielnie działali staruszkowie. Co prawda nie gotowaliśmy sobie obiadów, bo także kuchnia była w małym remoncie (mama w międzyczasie postanowiła odnowić w niej wygląd szafek), ale na kolacje wymyślaliśmy sobie różne smakołyki. Remont był też dobrą okazją do małych ekstrawagancji. Nigdy wcześniej nie zamówiłam bowiem z moimi tradycyjnymi rodzicami pizzy czy fast foodów do domu – a tu właśnie renowacja ścian dała nam taką okazję. Pamiętam, jak wieczorem „na fajrancie” siedliśmy sobie przy stole, na którym kilka ostatnich dni smarowaliśmy klejem tapety i z poczuciem zadowolenia jedliśmy gorącą pizzę. To nic, że dookoła brud, bałagan i ścinki gazet – było nam bardzo wesoło we czwórkę. Tapetowanie miało miejsce już trzy lata temu, a obie z mamą do tej pory wspominamy tamtą beztroską kolację.

IMG_7820

Plusem naszego rodzinnego remontu było coś jeszcze. Nie wiem, czy też macie takie wspomnienia z dzieciństwa… Budzicie się rano, w swoim łóżku – ciepła kołdra, dookoła misie i lalki, a z jakiejś wewnętrznej dziecięcej potrzeby nasłuchujecie… Czy tuż za ścianą, z sypialni rodziców słuchać już jakieś pierwsze poranne śmiechy, żarty i czy mama już wstaje (bo wtedy my z braćmi również!). Ja tak właśnie miałam – cudnie było słyszeć, że staruszkowie śmiali się, żartowali z siebie nawzajem – to budowało poczucie bezpieczeństwa. Musiałam poczekać aż dwadzieścia lat, by w najmniej oczekiwanych okolicznościach, pośród brudu i kurzu, w letni poranek znów usłyszeć takie śmiechy w moim mieszkaniu. Móc znów się poczuć jak tamta szczęśliwa dziewczynka.

Wpis powstał w ramach cyklu Otwórz się na zmianę. Poradnik remontowy PORTA

Zdjęcia: Pikolina

IMG_7776IMG_7789