Mama Żudit

A po świętach „PLACKI BY SIĘ ZJADŁO”

Mama Żudit: Miałam pisać o świątecznych przygotowaniach, ale sytuacja się zmieniła. W dzień poświąteczny mój mąż otwiera dużą lodówkę, w której pełno jedzenia: wędliny, sałatki, gołąbki, pieczone mięso, ryby i się krzywi… „yyy nie ma co jeść, PLACKI BY SIĘ ZJADŁO!”. 

– To sobie zrób, umiesz przecież, ja nie mam zamiaru gotować, póki tego wszystkiego nie zjecie – odpowiedziałam.

Pewnie wielu z Was ma już dosyć świątecznego jedzenia, a w naszym domu jak zwykle… ja nie umiem ugotować mało i wszystko trzeba potem po świętach dojadać. W prawdzie kuchnia to moje królestwo, a do porządków i ubierania choinek angażuję resztę rodziny; czasem jednak ktoś chce się wykazać i ugotuje coś sam. Chociażby ostatni przebój świąteczny – pieczony karp faszerowany pieczarkami. Syn przygotowując go, zapytał mnie:

– Mamo, a karp się nie zorientuje, że posypałem go przyprawą do pstrąga?
– No wiesz, chyba nie, bo od wczoraj nie żyje, ale cicho, żeby nie usłyszał.

FG6A8843

Raczej się nie zorientował, bo wyszedł pyszny. W poprzednim roku robiłam go sama, ale niestety, zamiast nas, koty zrobiły sobie z niego ucztę. Wlazły do niedomkniętego piekarnika (już letniego) i zżarły pół karpia. Na szczęście był jeszcze drugi. Mamy dom pełen zwierząt, które się wszędzie plączą i korzystają z nieuwagi gospodyni, SZKODNIKI JEDNE! Ale i tak je kocham. Tak samo załatwiły mi kiedyś makowce. W nocy upiekłam je, takie piękne wyrośnięte i zostawiłam na stole w kuchni, żeby ostygły. Przykryłam ręcznikiem i poszłam spać. Koty wyczuły ciepło i wygodnie rozłożyły się na ciepłych makowcach. Rano na stole znalazłam oklapnięte makowe placki… myślałam, że szlag mnie trafi. Moje zwierzaki są jak najmłodsze dzieci – nieodłączna część mojego życia.

Na co dzień wszyscy jesteśmy zaganiani, bo każdy gdzieś leci i ma jakieś sprawy, w święta jest więc jedna z nielicznych okazji, kiedy wszystkich można zgarnąć i usiąść razem przy stole. Moje dzieci mogą też dłużej porozmawiać z dziadkami – i na tym szczególnie mi zależy, bo nigdy nie wiadomo, czy któregoś z nich nie zabraknie w następne święta. W tym roku gościła też u nas ciocia Hela – nestorka rodu mająca 81 lat. Kobieta, o życiu której książkę można napisać, dama starej daty. Mimo wieku zawsze elegancka i z niesamowitym poczuciem humoru. Judytka miała okazję wyciągnąć dziadków na wspomnienia i o dziwo ciocia Hela najwięcej pamiętała.
Jednakże najlepsze stwierdzenie padło na koniec spotkania. Siedzą sobie trzy kobiety: ja (50 lat), babcia (70) i jej siostra Hela (81) i się zgadały o starzeniu i chorobach.

Babcia stwierdziła:
– Starość nie radość.

A ciocia Hela, oburzona:
– Ziutka, co ty gadasz, jaka starość, przecież TY MASZ DOPIERO 70 LAT!!!

FG6A8877

Ja się uśmiałam i jako smarkata pięćdziesiątka wolałam przy cioci nie narzekać na wiek. Tak się składa, że ona właśnie będąc w moim wieku jeździła po świecie i przeżyła swoją wielką szaloną miłość, którą przywiozła sobie z Ameryki. W ogóle miała ciekawe życie.

Można powiedzieć, że kobiety z naszej rodziny to bardzo silne babki z ikrą i każda na swój sposób jest wyjątkowa. Dla nas 50 lat to nie początek starości, tylko czas, kiedy można żyć pełną gębą albo na inny sposób rozwinąć skrzydła. Moja córka ma więc dobre geny i jeszcze wiele w życiu może osiągnąć. Ale najważniejsze, żeby w pogoni za sukcesem nie zapomniała być szczęśliwa.

Tekst: Mama Żudit

Zdjęcia: Buuba.pl

Kuchnia FG6A8883