Taki Lajf!

Wreszcie to zrobiliśmy

Jakiś czas temu siedziałam zamyślona nad pewnym artykułem w pracy, gdy zadzwonił do mnie mój K.: 

– Już nie wytrzymam, ależ mi się chce to zrobić… – mówił.
– Mi też, że aż chyba urwę się dziś wcześniej z wieczornego angielskiego, może coś zorganizujemy… Tak dawno już tego nie robiłam. Czuję się tak, jakbym nie jadła słodyczy z miesiąc. Z braku endorfin aż mnie ssie! Nie wytrzymam! – skarżyłam się swojemu K.
– Nooo, też tak mam – cicho potwierdził naszą wspólną tęsknotę.

Oboje bardzo tego pragnęliśmy, aż coś smutno rwało w środku. W ostatnich dniach… ba, nawet tygodniach, zupełnie nie było na to czasu. Wiecie, praca, zmęczenie, wyjazdy weekendowe, spacery z psem, ciągle coś stało na przeszkodzie… by się o nią, taką śliczną i idealnie leżącą w dłoniach, postarać. Tak, a u nas, pięknych trzydziestoletnich była już święta pora.

IMG_8806

Aż w końcu, wieczorem, zaraz po moich korkach z angielskiego, z Gucią pod pachą, pobiegłam. Musiałam zdążyć przed zamknięciem. Może teraz uda mi się ją kupić, błagam! – myślałam. Dopadam pierwszą lepszą księgarnię w pobliżu.

Dzwonię do K.:

– A czytałeś tę? – pytam, nieco zrezygnowana, bo z fantastyki czy science fiction znał już niemal wszystko.
– Tak. Tę, tę i tę też – mówi jego głos w słuchawce, ale nie poddałam się. Któryś z kolejnych tytułów z półki przypasował mu wreszcie.

W końcu. Zdobyłam dwie. 1,5 kilograma mózgowego narkotyku. Książeczki. Tyle już przeczytaliśmy. Półki w domu uginają się. A ciągle ssie nas od środka, kiedy już kończą się, gdy znów niebezpiecznie nie ma co czytać. Jak na głodzie jakimś. Bywa, że na twarzy występuje nerw, aż ręce się trzęsą.

Czasem też, gdy te wszystkie z domowych regałów już przeczytane, a biblioteki wieczorem bezczelne zamknięte, wsiadam w samochód. Jadę do Oszoł. Tam muszą przecież mieć jakieś książki. Godzina 21:30, na ulicach pustki. Dopadam sklepowe półki. Mam. Szybciej, teraz! Wstrzykuję sobie na łóżku te cudze, pięknie zapisane słowa, myśli, fabułę. Już! Rozanielona, opadam w miękką pościel.

IMG_8816

PS Powyższy tekst odnalazłam po miesiącach na swoim mailu i rozbawił mnie. Jest trochę jakby oszukańczy, bo niby z podtekstem, ale myślę sobie, że każda forma promowania czytania jest dobra.

Zwierzę Wam się… Nie wiem, czy w moim życiu wynikało to z jakichś nieuświadomionych kompleksów, chęci potwierdzania swojej wartości… ale zawsze potrzebowałam czegoś ponad swój „intelektualny stan”. Kiedy więc „tylko studiowałam”, zapisywałam się na wolontariaty, bo chciałam mieć jakiś „swój świat” poza środowiskiem studenckim. Kiedy natomiast jako absolwentka zaczęłam pierwszą pracę w redakcji, równolegle chciałam czegoś więcej intelektualnie – poszłam na studia doktoranckie. Gdy za jakiś czas zmieniłam robotę i zaczęłam pisać o wnętrzach, potrzebowałam kolejnej odskoczni – założyłam bloga – kolejny „inny świat” i nowe środowisko do poznania. Zawsze muszę mieć coś „na boku”, by być szczęśliwą i mieć zaspokojoną tę dziwną wewnętrzna potrzebę rozwoju.

Myślę sobie dziś, że nawet gdybym np. zamknęła się w czterech ścianach macierzyńskiego i rwała włosy z głowy, tęskniąc za ludźmi, książki ratowałyby mnie od szaleństwa. Tak, jak w czasie wojny uratowały kryjącego się w ciemności piwnicy żyda Maxa, którego jedynym kontaktem ze światem były gazety przynoszone przez małą dziewczynkę i książki czytane każda po kilka razy przy nikłym świetle lampy naftowej. (Czytaliście „Złodziejkę książek”? Jest boska!).

IMG_8840

PS 2 Ostatnio o książkach pięknie napisała Tattwa (niestety nie mogę podlinkować, bo właśnie przebudowuje swojego bloga), mówiąc, że niestety nie mogłaby zbyt łatwo zmienić swego życia, wyprowadzić się z dnia na dzień, bo… ma w domu zbyt wiele książek. I co z nimi? Przecież nie mogłaby żadnej z nich tak po prostu opuścić, zostawić na pastwę losu. Książki nie puszczą jej tak łatwo na jakąś tam emigrację. I to jest piękne.

A teraz moja ulubiona prośba do Was – polecicie mi jakąś swoją ulubioną ostatnio lekturę?

Zdjęcia: Pikolina

WAŻNE:

Kochani, dzisiaj premiera minialbumu grupy Fahrenheit, w której przed mikrofonem szaleje chłopak Pikoliny – Maciek! EPka dostępna do posłuchania TUTAJ.  Kasia zajmuje się całą promocją (prawdziwy menago;)) zespołu, pewnie będzie jej miło, gdy powiecie, jak się Wam podoba płyta. 

kasia perek