Zakazane tematy

Nigdy nie wiesz, kto Cię podsłuchuje w autobusie…

Kiedy na bardzo trudny czas gimnazjum przeniosłam się z rodziną do większego miasta, wszystko stało się nagle ciężkie do udźwignięcia. Nie tylko to, że z dziewczynki zmieniałam się w kobietę; także ludzie w moim otoczeniu byli coraz bardziej okrutni. 

W nowej klasie miałam tylko ją, moją kochaną K. – przyjaciółkę na trudne gimnazjalne czasy. A były one trudne podwójnie, bo środowisko nie dość, że nowe, to jeszcze ta młodzież wchodząca w śmierdzący wiek bycia bezlitosnym dla słabszych.

W klasie byli prowodyrzy – nie tylko ci w spodniach – w spódniczkach też. Prowodyrki wyglądały starzej, niż na swój wiek, włosy już pofarbowane, na twarzy brązowa tapeta, na tyłku markowe jeansy. Klasowa elita. To one decydowały, co jest śmieszne, a co nie, kto jest fajny, a z kogo można na przerwach drwić. Litości nie było – nie ma, że jesteś dobrym uczniem czy masz ciężką sytuację w domu – na to nie patrzyły. Wystarczyło, że w czymś jednym, choćby w krzywym uśmiechu im podpadłeś, stawałeś się ofiarą ich podłości. Tak też było z moją K. Upatrzyły ją sobie, przyczajały się, głośno komentując jej różne cechy. Że powolna, źle ubrana, że anemiczna, że na WF-ie nieporadna. Były podśmiechujki, wykluczenie z towarzyskich zaproszeń na spotkania po lekcjach. Siedziałam z K. w ławce przez trzy lata i choć zbytnio o tym nie mówiła, wiem, że tamte wydarzenia były dla niej bardzo trudne.

Dziewczyny z elity były lubiane nie tylko w klasie, ale też w rocznikach starszych i w tych równoległych. Jak to się mówi? Miały popularność – dobre uczennice, wzorowe zachowanie, aktywność na lekcjach. Nieskazitelne. A przecież pod tym wszystkim skłonności do podłości nie widać, prawda?

3

Pamiętam jedną przerwę. Może to było przed matematyką, może przed jakimś innym przedmiotem. Moja K. siedziała sama, pierwsza ławka, taka cicha i skupiona na czymś, zerkała w zeszyt. Przyszłam ze szkolnego korytarza, by usiąść na miejscu obok niej. Zerkam na jej plecy – a tam przyklejona karteczka z napisem „debilka”. Tamtego dnia zabrałam ten skrawek, zachowując się, jak gdyby nigdy nic. Nie chciałam, by wiedziała. Po co jej ta dodatkowa przykrość. Ale za drugim razem nie umiałam jej uchronić – wzorowe uczennice, w tym bodajże ich prowodyrka, L. przykleiły do jej ubrania świeżo zżutą gumę. Bardzo to było śmieszne! Jakże wyrafinowane, klasa taka ucieszona! Moja kochana K. była dzielna, nigdy nie popłakała się, nigdy nie pyskowała, by ich sprowokować.

Czas minął. Koszmar gimnazjum też. O dziwo, łatwo to wszystko z K. zapomniałyśmy. W liceum dziewczyny z „elity” trafiły do innych klas. W ogóle inny to już poziom, większa kultura, szacunek do wszystkich. Mijałyśmy się z nimi tylko przelotem.

1

Dopiero, gdy byłam na studiach usłyszałam coś, co wywołało niezdrowy, wewnętrzny uśmiech satysfakcji. Oto w pewnym autobusie usłyszałam dialog L. – wrednej gimnazjalnej prowodyrki z kolegą, z którym jechała do domu. Wracałyśmy obie z rodzinnego miasteczka do Białegostoku. Jestem pewna, że L. nie wiedziała, że jadę tym autobusem – zakapturzona i wtulona w szybę siedziałam dwa rzędy przed nią. Nie miała więc pojęcia, kto słucha jej historii. A oto, co mówiła, żaląc się koledze:

– „Na początku w mojej grupie na studiach lubili mnie. Było naprawdę w porządku, miałam zaproszenia na wyjścia, wspólne imprezy. Na pedagogice niestety większość stanowią dziewczyny, chłopaki to totalna rzadkość. I wiesz co? Był taki jeden – przemiły, przystojny… wolny. Zakochaliśmy się z Tomkiem i zaczęliśmy spotykać. Normalna sprawa. Nie kryliśmy tego także na roku. I raptem coś w moich koleżankach z grupy się zmieniło. Może były zazdrosne? Wykluczyły mnie zupełnie. Gdy wchodziłam do sali wykładowej, milkły z jakimś dziwnym chichotem pod nosem. Nikt nie chciał być ze mną w parze na zajęciach. Miałam wrażenie, że jestem pośmiewiskiem na roku. Na zajęciach, gdy chciałam się udzielać, któraś z dziewczyn zawsze wchodziła mi w słowo, byle tylko złośliwie zanegować to, co mówię. Nawet nie wiesz, jak ja się czułam. Popadłam w taką deprechę, że miałam ochotę rzucić studia. Nie ma nic gorszego niż wykluczenie, niż ten pogardliwy śmiech, gdy wchodzisz do sali – żaliła się L. w autobusie pełnym ludzi”.

Tak, Pan Bóg nierychliwy, ale sprawiedliwy.

Zdjęcia: Pikolina