nieCodzienność

Ksiądz po kolędzie, czyli trzy zabawne historie z polskich domów

Mam ostatnio dość słodko-gorzkie chwile w życiu, niebawem pewnie Wam o wszystkim opowiem. Dziś jednak, by odejść trochę od codziennych  smutków i przykrych perypetii, mam dla Was trzy zabawne historie, które wydarzyły się „po kolędzie”. 

Sytuacja nr 1. Opowiedziana przez Pikolinę:

– Ksiądz przyszedł po kolędzie do mojego kolegi. Rozejrzał się i zapytał o jakiś krzyż w domu. Mój znajomy oczywiście się speszył, bo ani przy drzwiach w korytarzu, ani w salonie żaden nie wisiał. Zaczęli więc chodzić po domu i go szukać, bo kolega wiedział, że w którymś pokoju na pewno jest na ścianie. Weszli do sypialni, a tam faktycznie wisi krzyż, tylko że tuż obok, na tej samej ścianie – zdjęcia gołych bab.

Sytuacja nr 2, która miała miejsce w mojej rodzinnej wsi jakieś 10 lat temu.

Cofnijmy się troszkę w czasie. Moi bracia, jak to mali kolędnicy, chodzili w święta Bożego Narodzenia śpiewać od domu do domu – aż doszli do plebanii. Stukają, pukają, ale ksiądz nie otwiera – widać pojechał do kogoś w gościnę. Ciemna noc, śnieg i mróz – chłopcy już mieli zawracać, gdy nagle w bramie podwórka pojawiło się auto proboszcza. Ksiądz wytoczył się z samochodu mocno pijany (!).

ksiadz_po_koledzie

– No, co jest chłopaki? Już mi tu śpiewać kolędy, zakręćcie tą gwiazdą! – powiedział, a chłopcy zaczęli mu śpiewać pod gwieździstym niebem na podwórku plebanii.

Proboszcz, nieźle po jakiejś gościnie wstawiony, wyciągnął portfel, a z niego papierowe pieniądze. Chłopcy byli zdziwieni, gdy dał im 40 zł (w innych domach dawano raczej po piątaku). Podziękowali grzecznie i odeszli.

Minął jakiś tydzień, gdy ten sam proboszcz odwiedził nasz dom po kolędzie. Stanął w pokoju i huknął na moich braci:

– No, widzę, że piękną gwiazdę kolędniczą to wy macie, ale jakoś nie pokwapiliście się, żeby mnie na plebanii z nią w święta odwiedzić! A szkoda!

Mama aż zachichotała pod nosem, ale nic nie powiedziała. Nieładnie byłoby mu odpowiadać, że proboszcz widać tak mocno pijany był, że o wizycie małych kolędników całkiem zapomniał.

IMG_5677 (Kopiowanie)

Sytuacja numer 3. Opowiada moja koleżanka z pracy:

– Judyta, ależ mam historię! Odwiedziłam wczoraj mamę i taką oto opowiada mi przygodę… ostatnio był u nich ksiądz po kolędzie. Mama wszystko pięknie przygotowała – krzyż, obrusik i kopertka. W lodówce miała dwa malutkie słoiczki po koncentracie pomidorowym. W obu był przeźroczysty płyn. Mama nalała z jednego na talerzyk. Ksiądz podczas spotkania jak gdyby nigdy nic pokropił dom i rodziców, pomodlił się i poszedł. Ale wczoraj, już przy mnie, mama robiąc ciasto na pączki, poprosiła tatę, żeby podał jej (ten sam) słoiczek z lodówki, bo musi dodać trochę do ciasta. On jej go podaje, a mama na to: – Co ty mi przynosisz, przecież to woda święcona. Ojciec odkręca, wącha i mówi: – No ja wody święconej się nie boję, ale jak nic dla mnie to w tym słoiczku jest spirytus. Okazało się, że to dokładnie ten sam słoiczek, z którego mama kilka dni temu nalała księdzu do pokropienia. Czaisz Judyta? Ksiądz nam chałupę spirytusem poświęcił!

Mam nadzieję, że humorki poprawione, dajcie mi o tym znać! :*

Zdjęcia: Pikolina, Morguefile (otwierające)