nieCodzienność

„Lech W. Samotny i w towarzystwie internetu”

Wczoraj rano znana dziennikarka, rozmawiając z zaproszonymi do studia gośćmi o Lechu Wałęsie, wspomniała, że była świadkiem krótkiego, lecz zadziwiającego dialogu 30-latki z 20-letnim bratem: 

– Co myślisz o tej całej nagonce z teczkami Kiszczaka i agentem Bolkiem? – zapytała 30-latka.
– Bardzo dobrze, należy ich wszystkich rozliczyć! Niech białe będzie białe, a czarne czarne. – odpowiedział 20-latek.

Komentując ten międzypokoleniowy dialog dziennikarka zauważyła, że młody człowiek powiedział to, co zazwyczaj mówią masy karmione doniesieniami mediów. Chłopak, nie znając realiów tamtych czasów, powtarza krzywdzące hasła, jedynie naskórkowo znając historię i położenie walczących z komunistami.

Kilka minut poświęcone oglądaniu programu telewizyjnego uświadomiło mnie, że również ja sama, urodzona w 1988 roku mam o tym wszystkim wątłe pojęcie. I że codzienne doniesienia mediów chłonę, ale jakby wciąż bez własnego na ten temat zdania.

IMG_2839.CR2

By być bliżej Lecha i zrozumieć jego historię, cofnęłam się w czasie. Szczęśliwie wciąż mam dwóch dziadków – obaj po siedemdziesiątce, obaj też przeżyli komunę stojąc po dwóch różnych stronach barykady. Dziadek J. jako zagorzały komunista, do dziś tęskniący za tamtymi „wspaniałymi czasami, gdzie wszyscy mieli po równo i każdy mógł pracować”. Dziadek B. – dobrotliwy starszy pan, który ze swoją żoną, a moją babcią Z. zawsze trzymali stronę Kościoła.

Nie chcę opowiadać o ich życiowych perypetiach, powiem tylko, że obaj dziadkowie są w wieku Lecha Wałęsy. Czasem, gdy spoglądam na białe już włosy mojego kochanego dziadka B., myślę sobie, jak przedziwnie mnie rozczula. Jak wiele bym dała, by żył jak najdłużej. I jak bardzo bolałoby mnie, gdyby ktoś chciał mu choćby słowem zrobić krzywdę.

Panie Lechu, zapewne nigdy się nie spotkamy, będzie Pan jednak i dla mnie żywym pomnikiem historii. Nic to nie znaczy, że z jakąś rysą. Rysą, którą nawet pośmiertnie ktoś chciał Panu dorysować.

By zrozumieć kontekst, i nie dotykać Pana historii tylko naskórkowo, cofam się w czasie. Nic to, że moich 28 lat nie starczy, by cofnąć się do chwil, kiedy Pan robił wielkie rzeczy. Cofnę się, na ile życiorys pozwala.

IMG_2831.CR2

Wyobrażam sobie Pana życie, siedząc w swoim mieszkaniu. Dlaczego? Bo właśnie w nim działy się ponoć rzeczy złe. Gdy kilka miesięcy temu grabiłam liście w moim małym przyblokowym ogródku, przywitał się ze mną sąsiad zza ściany, człowiek na oko 80-letni:

– Ale wie pani, skąd się wzięła ta żeliwna krata, którą ma pani zamontowaną na całym balkonie? – zapytał wskazując na faktycznie jedyną w tym bloku klatkę z solidnie zespawanych żelaznych belek.
– Pojęcia nie mam. Może poprzedni właściciele założyli ją sobie, żeby ich chroniła przed złodziejami? – odpowiedziałam sąsiadowi.
– A skąd! W pani mieszkaniu w latach 80. przesłuchania prowadziła ubecja. Nikt nie mógł stąd uciec.

Tak, piszę ten tekst zerkając w moje zakratowane okno. Czy w to samo okno patrzyli z nadzieją ludzie, których prawdopodobnie tu przesłuchiwano? Ściany mojego mieszkania pozwalają znów dotknąć historii, być bliżej Pana.

Nieświadomie też, ale byłam z Panem, zrozumiałam… gdy w 2012 roku bladym świtem policjanci śledczy walili do drzwi mojego studenckiego mieszkania. Kiedy w wielkim szoku musiałam się szybko ubierać przy młodym funkcjonariuszu, który po chwili wyprowadzał mnie do auta, tzw. „prywatki”. Na przerażone pytanie, dlaczego mnie i moich przyjaciół bez wyjaśnień zabierają z domu, w dodatku robiąc w nim brutalną rewizję – krzyczeli mi w twarz: „TY JUŻ WIESZ, DLACZEGO”. Byłam z panem wtedy, gdy siedziałam o suchym pysku w małej salce aresztu, czekając w niepewności kilka godzin na rozmowę z policjantem. Także wtedy, gdy śledczy rzucił na biurko przede mną grube akta, które o mnie, żyjącej beztrosko i nieświadomej niczego studentce gromadzili od ostatnich miesięcy. Gdy dowiedziałam się, że moje konta w mediach społecznościowych były obserwowane, a sąsiedzi z całej klatki bloku wypytywani i moje codzienne życie i nawyki. Byłam blisko Pana, kiedy po całej gehennie rodem z filmu okazało się, że całe to brutalne zajście i dzień spędzony w areszcie były wynikiem fatalnej pomyłki policjantów. Ileż takich zajść miał Pan za sobą? Mój umysł pewnie nigdy tego nie ogarnie.

IMG_2887

Już jako dziecko tyle o Panu słyszałam. Tradycyjnie, któreś już z roku święta Bożego Narodzenia kończyły się w naszym domu wielką awanturą między moją babcią, Pana wielką zwolenniczką, a dziadkiem J., który jak wcześniej wspomniałam, czas komuny wspomina jako swoje złote lata. Ich głośnych dialogów nie pamiętam, ale zazwyczaj to babcia, nie wytrzymując obelg, jakie padały pod Pana adresem, ostentacyjnie wstawała od świątecznego stołu i wracała do domu. Ich coroczne potyczki słowne były jak igrzyska.

Dziś w mediach znów rozkręcają się podobne igrzyska, w których odsłony i kliki są ważniejsze od Pana zdrowia. Ze smutkiem słucham w wiadomościach, że zaczyna Pan dzień, przeglądając wiadomości na swój temat. Ktoś powiedział nawet: „Lech samotny i w towarzystwie internetu”.

Nie oceniam Pana rzekomych błędów, bo nie mam do tego prawa. Teraz jednak, gdy zerknęłam wstecz w swoje życie, wiem, nie chcę ślepo podążać za nowinkami z zakłamanych mediów. Wolę stać po stronie przez te media krzywdzonych.

Pracowałam w redakcjach. Cóż więc myśleć mogę o dziennikarce TVP, która w niedzielnym pasmie wiadomości informuje, przyjmując za pewnik: „w gdańskim wiecu w obronie agenta Bolka (!) wzięło dziś udział kilkanaście tysięcy osób”. Czy nie znając historii i nie mając twardych dowodów nie wstyd jest  jej mówić o starszym schorowanym człowieku, człowieku-legendzie per: „agent Bolek”?. Czy kulturalnie podane imię i nazwisko nie wystarczyłyby?

Boję się, aby młodym i z mojego pokolenia nie przyszło z taką łatwością przyjmować za pewnik wszystkiego, co powiedzą dziennikarze.

Bo jak napisał jeden ze znajomych blogerów: „Błędy, które popełnił Wałęsa, nie przekreślają w żaden sposób tego, co mu zawdzięczamy”.

Zdjęcia: Anna Mazur