nieCodzienność

Bezdzietni kontra dzieci, czyli prawdziwa gorączka sobotniej nocy

Dzisiejszego ranka, gdy mocno mrużąc powieki, próbowałam otworzyć oczy o 10:30, czułam, że jeszcze długo nie dam rady wstać z łóżka. Karlos, który leżał obok, przewracał się z boku na bok, mamrocząc przez sen: „nigdy w życiu nie chcę mieć dzieci…”.

 (OK, może trochę żartuję z tym mamrotaniem).

Tego ranka, wypluta z oka cyklonu zastanawiałam się, od czego zacznę ten wpis. By był równie mocny jak ta noc i uderzył Was, a być może ostrzegł przed tym, czym prawdziwe rodzicielstwo jest. Chciałam zacząć od tych krzyków, jakby rodem z „Egzorcyzmów Emily Rose”, potem do opowieści dorzucić łokieć uderzający nagle moje oko, by zakończyć na tym, jak (sama już nie wiem, dlaczego) sadzam na nocnik wijącego się ze wściekłości i krzyczącego („nie ce kupy!”) chłopca. Chyba kiepska byłaby ze mnie matka, bo przedszkolne maluchy mają jakieś niepojęte dla bezdzietnych reguły gry:)

FG6A9390

Otóż w ramach przysługi pilnowałam wczoraj dwójki małych urwisów w wieku na oko 1,5 i 2,5 roku. Ich mama, moja wieloletnia przyjaciółka wyszła z mężem na imprezę. My zaś z Karlosem, jako dobrzy znajomi chcieliśmy umożliwić im rozerwanie się.

– „Maluchy usną około 22, to potem obejrzymy sobie jakiś dobry film na ich kinie domowym” – mówiliśmy.
– „Weźmiemy dobre książki, bo nuda będzie wieczorem” – mówiliśmy.
– „Poćwiczę sobie u Agnieszki na dywanie Chodakowską, bo rano nie zdążyłam zrobić” – mówiłam.
Och, jakże srogo się pomyliliśmy.

Proszę Państwa. Jeśli kiedykolwiek twierdziłam, że współczuję młodym rodzicom tego ich wiecznego niedospania, bałaganu i dziecięcych płaczów, nie wiedziałam, co mówię. Mówiłam to bowiem jedynie przez kulturę i szacunek do wszystkich ludzi.

Od wczorajszego wieczoru i nocy, w których to 15 razy prosiłam Karola, aby czym prędzej odwiózł mnie związaną w kaftanie do psychiatryka (bo tam będzie ciszej), i w których zdarłam gardło, przekrzykując dwójkę dzieci i trójkę ujadających w reakcji na różne dźwięki pinczerów, wszystko, co dotąd myślałam o „ciężkim życiu współczesnych rodziców” uległo zmianie.

FG6A9382

Nasza początkowa taktyka na tych dwóch słodkich braciszków była taka: robimy od pięćdziesięciu do stu okrążeń salonu i kuchni, biegając, krzycząc i wygłupiając się. Około godziny 21 obserwujemy, jak chłopcy, totalnie zmęczeni, padają na kanapy, by chwilę pooglądać bajki. Kolejne 10 okrążeń stołu, potem bieganie za ogromną piłką gimnastyczną i ściganie się ze starszym chłopczykiem po schodach z góry na dół. Te aktywności pomnóżcie sobie razy kilkanaście. Tak, faktycznie ktoś padł po nich na nos i nie mógł złapać oddechu, marząc tylko o kąpieli i śnie. Bynajmniej nie byli to chłopcy. Bo ci w kolejnej chwili już znaleźli wielki ubaw w odbieraniu sobie zabawek – gdy jeden z nich żywo zainteresował się np. grającą ciuchcią, drugi, zauważywszy to, za życiowy cel obierał sobie odebranie bratu tej konkretnej zabawki siłą. Ileż było przy tym krzyków, płaczu i „pocieszającego lulania”, wiemy tylko my.

Jak zbawienia wyczekiwałam więc magicznej godziny 22, która to, jak zapowiadała mama naszych podopiecznych, miała być „porą, kiedy już można się z dziećmi próbować kłaść spać”.

Na zegarze więc wszystko się zgadzało, wybiła wymarzona godzina. Poprosiliśmy Kubusia (starszego z braci), by pokazał nam na górze, gdzie zazwyczaj śpią. Legliśmy we czwórkę na szerokim materacu. Gdy zaczęłam czytać bajeczki starszemu, młodszy wyrywał nam książkę, by rzucać ją w drugi kąt pokoju. Taka tam fajna atrakcja – wkurzenie braciszka. Potem zaczęła ich kręcić zabawa metrówką wyciąganą i automatycznie wciąganą… jak na mój słuch, 56 razy pod rząd. Oczywiście metrówka jedna, a chłopców dwóch, więc krzyki kłótni takie, że nawet śpiące głębokim snem pieski co chwila podnosiły do nas głowę mrużąc niedospane ślepia.

FG6A8325-1

Ale oto mamy już przed północą. Właśnie mdleje mi ręka, bo nad małymi główkami trzymam komórkę z włączonym odcinkiem wieczorynki, kultowymi „Smerfami”. W pokoju panuje delikatny półmrok, w tle tylko cichy głos Papy Smerfa i Ciamajdy. „Oj, zaraz mi tu usną na bank” – już myślę uradowana.

Tymczasem ze snu (mojego!) wyrywa mnie krzyk: „Łeeee, konieeec, jeście!!” – chłopcy głośno domagają się kolejnego odcinka. I tym sposobem tych odcinków oglądamy ze cztery. Przy każdym to ja zasypiam, a chłopcy, choć widać, że umęczeni bieganiem i zabawami, twardo domagają się kolejnych atrakcji. Do akcji wkracza Karlos. Przytula jednego czytając mu kolejną bajeczkę. Mi zostaje młodszy z chłopców – ponownie prezentuję mu działanie metrówki, a on za każdym kolejnym podejściem piszczy ze śmiechu, jakby widział to po raz pierwszy w życiu.

W trakcie misji „LULANIE DZIECI” zasypiam łącznie z 9 razy. Za każdym razem brutalnie budzona kopniakiem w żebra, malutkim łokciem włożonym w oko, krzykiem, szczeknięciem psa, stópkami lądującymi na mojej szyi.

Gdy nocą do domu wrócili rodzice chłopców, nie dowierzałam: „jawa to czy sen?”. Zmęczona tak, że nie mogłam już podnieść ani ręki, ani nogi.

Muszę to więc napisać… O ile kiedykolwiek myślałam sobie: „szacun dla wszystkich młodych mam”, „respekt dla świeżo upieczonych rodziców”, o tyle dziś, z zakwasami, obolałymi żebrami, echem krzyków w głowie, wszystkim mamom i tatom kłaniam się głęboko w pas. Nigdy już nie będzie dla mnie większych bohaterów, niźli rodzice dwójki, trójki lub większej ilości maluchów. Jestem absolutnie przekonana, że napędzają Was jakieś magiczne supermoce!

Zdjęcia: Buuba.pl

insta