Korki z pisania

Blogowanie. 3 wstydliwe błędy, które popełniłyśmy z Kasią

Nigdy nie zapomnę jednego z blogowych wyjazdów – prawdopodobnie było to na Blog Forum Gdańsk. Trwała właśnie wieczorna impreza blogerów, gdy przysiadł się do mnie Janek ze StayFly
A że to człowiek bardzo szczery i wyluzowany, zaczęliśmy gadać o moich błędach na blogu. Jakiegoż ja buraka puściłam, gdy ni z tego, ni z owego Janek wypalił:

– Wiesz co Judyta, ja bym może z chęcią cię czytał, ale nie dam rady. Bo w jaki wpis nie wejdę, tam wszędzie wyświetla się twoja twarz! To dziwnie i niepoważnie wygląda, serio. Powinnaś dawać inne zdjęcia, korzystać z banków fotografii, czy coś.

Twoja twarz brzmi znajomo

Zdziwiłam się i wręcz napuszyłam, bo tu zaskoczył mnie niesamowicie:
– Ale no co ty mówisz! Przecież nasze zdjęcia są niepowtarzalne, wszyscy je chwalą, to właśnie fotki wyróżniają mój blog. Jak miałabym brać obrazki z banków, do których każdy ma dostęp, kiedy przy boku mam utalentowaną przyjaciółkę fotografkę? – pytałam.
– No jak uważasz, ale dobrze ci mówię – uciął Janek i zmieniliśmy temat, bo burak aż palił mnie w twarz.
Minęło kilka dobrych miesięcy, zanim zrozumiałam, że miał rację. Bo oto cofnęłam się przypadkiem do pierwszych wpisów na blogu, szukając jakiegoś konkretnego tekstu. Moim oczom ukazało się coś zabawnego, bo pierwsze wpisy wyglądały mniej więcej tak: <dwa zdania – ZDJĘCIE – dwa zdania – ZDJĘCIE>. Zrozumiałam, że faktycznie mocno przesadziłam z wklejaniem swojej twarzy w treść tekstów. W tamtym czasie chyba myślałysmy z Kasią, że tak jest wspaniale, bo czytelnik nie widzi tylko blachy tekstu, ale „ciekawe fotografie” mojej twarzy. Dziś bardzo mnie to bawi, ale fotki dodaję rzadziej, co większy akapit i oczywiście, „ograniczam swoją twarz” jak tylko mogę.

wo

Nie daję już buźki!
Kolejny z błędów na blogu, który wyeliminowałam niemal całkowicie, to „infantylność” języka. Nigdy nie zapomnę hejtu od pewnej czytelniczki, która gdy spojrzę na to dziś, miała zupełną rację:
– „No proszę, taka z niej pani polonistka, a tyle emotikonów stosuje, zupełnie jak w gimbazjum, wstyd normalnie! Nie umie normalnie pisać?”.
W tamtym czasie, aby nie dać nikomu satysfakcji, emotikony oczywiście stosowałam dalej, z premedytacją, ale lampka kontrolna zapaliła się. Przyjrzałam się tekstom z gazet, które robią na mnie wrażenie. Jak tam wprowadzany jest żart? Jak tam puszcza się oko do czytelnika, wywołuje jego śmiech? Oczywiście, że bez użycia emotikonów. Buźki i uśmieszki zastąpiłam więc dialogami, bardziej precyzyjnym językiem oraz żartami, które zamykały jedynie kropki. Myślę, że teraz to wszystko wygląda o wiele ładniej, bardziej profesjonalnie. (Poniżej przykładowe hejty od czytelników):

zudit

Jak zwykła hejterka
Przyznam Wam się, choć do teraz jest mi głupio. Mój blogowy błąd, którego wstydzę się być może najbardziej, bo oznacza mało dyplomatyczne zapędy, typowo babskie bicie piany o głupoty… Mianowicie – wypowiadanie się źle o innych osobach z blogosfery. Takich wpisów powstało wprawdzie dwa na krzyż, nie były nawet imienne (tylko z kontekstu można było zrozumieć, o kogo chodzi), ale do tej pory pluję sobie w brodę, że w ogóle ujrzały światło dzienne. Niebawem w ręce niektórych z Was trafi książka Jason Hunta, przy której miałam przyjemność pracować jako korektorka. Jest w niej  zawarta bardzo ważna dla mnie myśl autora. Brzmi mniej więcej tak: „Mam taką zasadę, że nigdy publicznie nie wypowiadam się źle na temat ludzi z blogosfery. Albo mówię dobrze, albo wcale. Jeśli ktoś konkretny bardzo mnie czymś wkurzy, wolę powiedzieć mu to w prywatnej rozmowie”.

Niby proste, a tak genialne. W swoim blogowym życiu miałam dwa epizody, w których dałam się ponieść typowej, hejterskiej krytyce i pisałam o zachowaniach pewnych ludzi z blogosfery, które mi nie odpowiadały. Moi czytelnicy, co zawsze bardzo w nich ceniłam, nie byli na mnie za to źli, wykazali się dużym zrozumieniem. Dopiero rozmowa z Tomkiem Tomczykiem sprzed kilku miesięcy otworzyła mi oczy: „W tym wpisie zachowałaś się jak zwykła hejterka. Przykro mi, bo akurat po tobie się tego nie spodziewałem, ale wiem też, że pewnie szybko zrozumiesz swój błąd”. Tak też się stało – przeprosiłam osobę, o której napisałam w sposób cyniczny, potem szybko ucięłam sprawę i postanowiłam iść dalej. To był wstydliwy dla mnie czas, ale też ważna lekcja – nigdy więcej jadu na blogu – przynajmniej nie w stosunku do ludzi ze środowiska. To bardzo nieprofesjonalne i smutne.
Uff, to koniec wstydliwych wyznań – może podzielicie się dziś swoimi, tak dla równowagi?

Zdjęcia: Pikolina