nieCodzienność

Chłopiec czy dziewczynka? Czyli Żudit na kozetce u psychologa

Nieraz pytam męża, czy wszystko do cholery jest z nami w porządku. Bo skoro nie płaczemy ze szczęścia przy badaniu USG, nie roztkliwiamy się, gdy oświadczę, że chyba poczułam pierwsze ruchy dziecka (tylko śmiejemy łobuzersko), to czy będą z nas ludzie. 

To znaczy… dobrzy rodzice. Nie kupujemy jeszcze tych słodkich ubranek, ani nie wzruszamy się na widok maleńkich dziecięcych bucików. Wydają się być czymś zupełnie zwyczajnym – ot, buciki jak buciki. Chwilami to nasi rodzice cieszą się z tej nowej przygody bardziej niż my – już teraz zaopatrują nas w dziecięce ubrania i gadżety.

W takich chwilach K. pociesza mnie, że skoro do granic możliwości pokochaliśmy i rozpieściliśmy nawet małego psa, to dziecko też pewnie nie będzie się mogło opędzić od naszej miłości, wystarczy poczekać. Taka myśl daje nadzieję. Nadzieję, że ta zimna zołza, którą jestem dziś, będzie kiedyś w świetnej relacji z nową małą istotą.

Kilka dni temu mieliśmy wspólną wizytę u lekarza – USG dokładnie w moje urodziny miało pokazać płeć dziecka. Poszliśmy we dwójkę, bo K. chciał wreszcie zobaczyć, jak „to wszystko” wygląda. Chyba miał z tego frajdę, sądząc po uśmiechu, ale też, jak to chłodny i skryty człowiek – zachował całą satysfakcję z tego widoku dla siebie.

blogoslawiony_stan_umyslu_zudit (1)

Większość dziewczyn, które znam, chciałoby urodzić dziewczynkę – „bo grzeczniejsza, można jej warkoczyki pleść i bawić się w księżniczki”. W internecie powstają nawet „przepisy na córeczkę” – czyli jak i kiedy TO robić, co jeść, aby się udało. Tymczasem ja bardzo marzyłam w swoim domu o małym chłopcu – który będzie idealną, słodką miniaturą tego świetnego faceta, z którym jestem już od dziesięciu lat. Miniaturą bardziej odważną, rezolutną i być może mniej wrażliwą niż dziewczynka.
Myśl o małym urwisowatym chłopaku w moim domu topiła lód w sercu. Właśnie… tylko jaki lód? Zapytacie.

Otóż od kilku dobrych tygodni chodzę permanentnie zła, przewrażliwiona, nieracjonalnie szybko wściekam się na byle drobiazgi. Zdaniem K. stałam się już „prawdziwą harpią, którą denerwuje nawet powietrze”. Można powiedzieć, że ten stan to taki kobiecy PMS, tylko trwający non stop i ze zdwojoną siłą. Uwierzcie, sama chciałabym już być normalną, spokojną dziewczyną, tylko… ciągle mi nie wychodzi. W mojej głowie wciąż brak radości, podniosłego nastroju, tego „słodkiego oczekiwania na cud”. Zazdroszczę kobietom w ciąży, które błogo „napawają się tym czasem”. W głowie mam niestety tylko wątpliwości i złość…

blogoslawiony_stan_umyslu_zudit

I kiedy już autentycznie myślałam, że nie ma dla mnie nadziei, że dobre emocje nie pojawią się nigdy, kurier przywiózł do nas książkę pt. „Błogosławiony stan umysłu. Bajki terapeutyczne dla kobiet w ciąży” (klik!). Karoliny Piotrowskiej. Autorka jest psychologiem, seksuologiem i doulą (czyli wykształconą i doświadczoną również w swoim macierzyństwie kobietą, zapewniającą ciągłe niemedyczne, fizyczne, emocjonalne i informacyjne wsparcie dla matki i rodziny na czas ciąży, porodu i po porodzie), prywatnie także mamą dwóch chłopców.

Spotkanie z tą książką było niczym przeniesienie się na kozetkę czułego terapeuty, który jakby w magiczny sposób zgadywał, o co mi właściwie w tej ciąży chodzi. Kiedy inni w koło mówili mi, że nie da się ze mną porozmawiać, „bo jestem taka przewrażliwiona”, autorka książki spokojnie wyjaśniała, dlaczego właśnie tak to teraz wygląda. Tłumaczyła też, że w pewnym okresie ciąży zaczną mnie denerwować „złote rady” babci czy mamy, a bardziej zainteresują opinie zupełnie obcych kobiet – np. koleżanek, które niedawno urodziły – to również było powodem moich wyrzutów sumienia. Pokrzepiająca jest świadomość, że te dziwne humory nie dotykają tylko mnie. Takie bycie zołzą i brak choćby krztyny matczynych uczuć również jest czymś zupełnie naturalnym – od setek lat istniały kobiety, które ciążę przyjmowały w sposób co najmniej dwojaki.

Tak było na przykład z Ingrid, bohaterką bajek z „Błogosławionego stanu umysłu…”:

– Chcesz, abym kłamała o ogromnej miłości? Żebym chodziła szczęśliwa i rozpromieniona, podczas gdy czuję, że w moim brzuchu rośnie intruz? Mam udawać, że moje życie się nie skończyło, gdy brzuch zaczął rosnąć… – z prostotą i szczerością mówiła, że wcale nie cieszy się na myśl, że będzie miała dziecko.

Wypisz, wymaluj, Żudit!

blogoslawiony_stan_umyslu_zudit (3)

Ta książka cudownie pokazuje dwie młode dziewczyny reprezentujące całkiem różne światy. W pewnym momencie połączy je jednoczesne doświadczenie ciąży, które nauczy zrozumienia dla odmiennych poglądów. Ingrid – czyli ta, która ciążę odbiera jako koniec pięknego oraz beztroskiego życia i Ester – młoda kobieta, dla której wieść o dziecku w drodze była spełnieniem marzeń.
Świetna jest też konstrukcja książki – pouczające bajki o dwóch indiańskich dziewczynach (a jakież piękne są do tego ilustracje!) przeplatają się z krótkimi rozdziałami o faktach, np.: „10-12 tydzień. Co się dzieje w Twoim ciele”. Mamy tu cenne wskazówki doświadczonej douli, która pomaga pokonać lęki związane np. z myślą o porodzie.
I wreszcie mój największy problem – zmieniające się niemal każdego dnia ciało, nad którym dotąd miałam przecież tak przyjemną kontrolę. A teraz... tylko przysparza mi smutku. Po lekturze „Błogosławionego stanu umysłu” po raz pierwszy poczułam się, jakby mnie ktoś serdecznie przytulił. Ktoś, kto sam doskonale wie, że teraz z tak dołującym lękiem zerkam na wagę, i niemal płaczę, gdy po godzinie od zjedzenia obiadu znów czuję wilczy głód. Autorka książki, niczym kochająca przyjaciółka stara się przekonać czytelniczkę, że tak naprawdę nigdy już być może nie będzie tak w pełni kobiecą i piękną (fizycznie i duchowo) jak właśnie w czasie oczekiwania na dziecko:

„Czy jest stan bardziej kobiecy niż ciąża? Jeśli nie czujesz się kobieco, zastanów się nad tym, dlaczego być może masz pewne przekonania dotyczące tego, jak powinna wyglądać kobieta i utożsamiasz kobiecość z tylko jednym, określonym typem figury”.

blogoslawiony_stan_umyslu_zudit (1)

I ostatnia z moich ogromnych wątpliwości cudownie rozwiana przez autorkę – mianowicie płeć dziecka… Tu znów słowa Ester (drugiej z bohaterek) idealnie określały to, co miałam w głowie:
„Wiedziałam tylko, że nie chcę mieć córki. Córki się trudno wychowuje. Są pyskate i chorowite. Uganiają się za chłopcami i zachodzą w ciążę. Chcą się stroić i błyszczeć zamiast uczyć i pracować”.
Wiem, ponoć to nie wypada mówić o swoich preferencjach dotyczących płci dziecka. Każda z nas zapytana o to, odpowie: „najważniejsze, żeby było zdrowe” (to ważne, jasne!), ale też – każda ma swoje marzenie i wyobrażenie o chłopcu lub dziewczynce. Mamy przekonania, nastawienie – chłopiec stereotypowo jest odważnym łobuzem, rozrabiaką, zaś dziewczynka – nadmiernie wrażliwą, rozgadaną księżniczką.

Sama też uległam stereotypom, zwyczajnie bojąc się mieć w domu dziewczynkę. W tym wszystkim czułam lęk, że przekażę córce błędny obraz kobiecości – swoje słabości – np. babską gadatliwość i nadmierną wrażliwość. Autorka, która na czas lektury była bardzo bliską mi kobietą, prywatną doulą, której cholernie potrzebowałam, w życiowy sposób wyjaśniła, że te lęki są bzdurą. Że miłość do dziecka (niezależnie od jego płci) jest we mnie i wybuchnie – prędzej, czy później.

blogoslawiony_stan_umyslu_zudit (5)

Tymczasem miałam Wam tu zdradzić pewien sekret. Wyobraźmy sobie… znów leżę na tym lekarskim łóżku, obok mój cudowny lekarz zerkający w monitor, tuż za nim stoi K.:
– Czy jesteście gotowi na poznanie płci? Bo ja tu już wszystko widzę – zapytał nas doktor M.
– Mhm, tak… – zaśmialiśmy się niepewnie.
– Nie mam tu żadnych wątpliwości – to będzie dziewczynka.

Tak, ta niespodzianka okazała się jednak wielką radością.

I niech ten wpis, który sam w sobie był moją terapią oczyszczającą, zakończy świetny cytat z „Błogosławionego stanu umysłu”:

„Kobiety nikt nie musi uczyć, jak ma kochać swoje dziecko, ani jak ma je urodzić. Masz to we krwi. Masz tę wiedzę w ciele”.

PS Tak, będziemy tę dziewczynkę nieziemsko kochać i perfidnie rozpieszczać. A co!

Zdjęcia: Pikolina

blogoslawiony_stan_umyslu_zudit (2)