Korki z pisania

Ty stara, nudna Żudit! Czyli o trudnych kontaktach ze studentami

Kilka ostatnich dni musiałam zwlekać z napisaniem tego tekstu – właśnie tyle zajęło mi pozbywanie się złych emocji w stosunku do pewnej studentki, która poprosiła mnie o wywiad. 

Wiem… sama skończyłam studia ledwie trzy lata temu. Sama mam jedynie 4 lata doświadczenia, jeśli chodzi o pracę w redakcjach. Nie powinnam się czepiać, nie powinnam zbyt wnikać, ani tym bardziej nikogo pouczać. Ale tamtego wieczoru nerwy mi puściły – być może niepotrzebnie, sami ocenicie.

Bardzo boli mnie bylejakość, a szczególnie już, jeśli chodzi o pisanie. Na odwal zrobiony wywiad w internecie, na kolanie napisany artykuł czy reportaż z błędami językowymi… naprawdę – sprawiają, że coś mnie w środku kłuje. Nie jestem grammar nazi, która głośno upomina, wytyka literówki i przynudza (chyba że jakiś przyjaciel o to poprosi, to fakt, pomagam wychwycić błędy – ale tylko na wyraźne życzenie). W innym wypadku po prostu z poczuciem zawiedzenia cicho odchodzę od takiego autora.

2

Wróćmy jednak do tej bylejakości. Oto pisze do mnie pewna studentka polonistyki z prośbą o wywiad, który jednocześnie będzie jej pracą na zaliczenie przedmiotu. „Nie ma sprawy, chętnie pomogę” – odpowiadam jej. Za chwilę jednak dostaję pytania. I coś we mnie pęka.

Bo wiecie, jaka jest istota wywiadu – zadawać pytania, które nigdy wcześniej nie padły. Zaskoczyć rozmówcę wiedzą. Pokazać, że czytało się inne z nim wywiady i pytać o rzeczy, o które nikt nigdy nie pytał. Nie jestem żadną gwiazdą, ale przeprowadziłam sporo wywiadów, z których moi rozmówcy byli zadowoleni – nieważne, czy byli to lokalni politycy, wokalista zespołu Weekend czy dyrektor teatru.

Tym razem jednak zabolał mnie mail od studentki. Zawierał kilkanaście, jeśli nie kilkadziesiąt pytań, które tak naprawdę nie były do mnie, i które można zadać pierwszej lepszej osobie z ulicy: „Jakie studia skończyłaś? Jaki film najbardziej lubisz? Gdzie pracujesz?”. Studentka napisała też, że jest moją czytelniczką – i to zastanowiło mnie najbardziej. Przecież czytelnicy wiedzą, czym się w życiu zajmuję. Odpowiedzi na te pytania mogła sobie w pół minuty wygooglować lub znaleźć w zakładce „O mnie”. Tak też jej poradziłam.

2b

Ale słuchajcie. Nie chciałam się czepiać. Napisałam jej, że owszem, pomogę, tylko niech trochę skróci wywiad, bo to bez sensu tak odpowiadać na oczywistości. Raz, że nie mam na to zdrowia, dwa, że to będzie okropna nuda dla czytających ten tekst. Powiedziałam, że zależy mi, aby dostała piątkę z tej pracy, dlatego doradzam bardziej spersonalizowane pytania, a nie pytanie o ulubiony kolor itd. Myślę, że nie byłam złośliwa. Jako starsza koleżanka chciałam dla niej dobrze. Rok temu było przecież analogicznie – przyszły do mnie studentki polonistyki, porozmawiałyśmy, potem wysłały mi przepisany wywiad do autoryzacji. Miały w nim sporo rzeczy do poprawienia warsztatowo – wszystko im sama przerobiłam, dostały piątkę z przedmiotu i wszystkie byłyśmy szczęśliwe i zadowolone.

2e

Ale studentka sprzed kilku dni była chyba inna. Swojego wywiadu zmieniać „pode mnie” nie zamierzała. Zasugerowała, że ja odpowiem na jej (powiedzmy) 30 pytań, a ona i tak połowę z tego „wywali i zostawi najciekawsze rzeczy”. Zapytałam ją, czy tak może powiedzieć dziennikarz do swojego rozmówcy: „ja i tak wywalę, co nie będzie ciekawe”. Przecież to marnowanie czasu – jej i mojego. Powiedziałam, że zależy mi, by miała z tego dobrą ocenę, ale z takim podejściem będzie jej ciężko. A ona na to: „Spokojnie, wcale nie zamierzam być dziennikarzem, od września będę uczyć w szkole”. – W porządku, nie wnikam – pomyślałam. Poprosiłam, żeby na niektóre pytania sama znalazła odpowiedź (zakładka „O mnie” na blogu) – odmówiła, tłumacząc, że muszę to sama napisać w wywiadzie, bo przecież ludzie mnie nie znają. Drugim jej argumentem na mnie i moje czepialstwo miały być słowa: „Ale inni dziennikarze, o wiele starsi stażem od ciebie dostali podobne pytania i jakoś nikt nie robił mi problemów”. Po tym zdaniu grzecznie podziękowałam i zakończyłam rozmowę.

Myślę sobie, że pewnych rzeczy nie nauczą nawet studia. Bo kiedy sama na piątym roku trafiłam do newsowej redakcji i usłyszałam, że robię coś źle, odpowiadałam: „Rozumiem, co więc mogłabym w swoim tekście poprawić, żeby miał ręce i nogi?”. Grzecznie dziękowałam za rady doświadczonych dziennikarzy. Do głowy by mi nie przyszło, żeby próbować ich zdanie negować czy pouczać. I nie mówię tu, żeby iść przez życie ze spuszczoną głową. Sugeruję jedynie, że ludzie, którzy mają pokorę, łatwiej się w świecie odnajdą i więcej nauczą.

Ale nie wiem, może jestem jakaś staroświecka i nudna!

Zdjęcia: Pikolina

2a

2c