Korki z pisania

Mogliśmy ją odwiedzać tylko raz w tygodniu…

… tak, zaś tych kolejnych sześć dni bez niej było takim zupełnie smutnym, dziecięcym oczekiwaniem: „Kiedy znowu nas wpuszczą? Jak długo trzeba będzie czekać na panią opiekunkę, która miała nad nią pieczę?”. 

Tak, bo miała nawet swoją własną opiekunkę. Wtedy wydawało mi się, że to była taka dorosła, elegancka pani w zwiewnej spódnicy. Teraz wiem, że opiekunka nie mogła mieć więcej niż 30 lat, być może z wykształcenia była nauczycielką. Co najistotniejsze, posiadała wszystkie ważne klucze, a do środka wpuszczała nas zawsze z uśmiechem. Także w trakcie odwiedzin nie tworzyła krępującej ciszy, o nie, zawsze miło pytała, „czy tu sobie sami dobrze poradzimy”.
Nie zarysowałam Wam jednak miejsca. To było na wsi mojego dzieciństwa, niedużej, liczącej może 3 tysiące mieszkańców. Trwało właśnie skwarne lato, czas toczył się powoli, a w leniwym tle na podwórzu było słychać głośne świerszcze. Jeśli upał w moim dzieciństwie mógł mieć jakikolwiek dźwięk, to brzmiał właśnie odgłosami polnych świerszczy. Słońce aż oślepiało, gdy się wychodziło na podwórze przy naszym domu. Moi trzej malutcy bracia mogli mieć wtedy po 3 i 4 lata. Tak, wszystko by się raczej zgadzało, pięcioletnia ja potrafiłabym już przecież zachować tamte piękne obrazy w pamięci.

2

To mama po raz pierwszy nas do niej zaprowadziła. Każde kolejne spotkanie okazywało się tak magiczne, że potem całymi dniami marzyło się, kiedy znów pani opiekunka się pojawi i nas wpuści (a miało to miejsce tylko raz w tygodniu, i to w dodatku na kilka zaledwie godzin – trzeba było się domyślać, kiedy w budyneczku można kogoś zastać) i będziemy mogli się tam spotkać, wsiąknąć choć na piętnaście minut w magię tamtego spotkania. Ileż razy pod samymi drzwiami nasza (sama również rozczarowana) mama mówiła, że niestety, na drzwiach wisi kartka, że dziś spotkanie jest niemożliwe, bo pani opiekująca się zachorowała albo nie dojechała do naszej wsi. Nie umiałam wtedy czytać, więc nie wiedziałam, co znaczą te kreski i linie na kartce, które z taką łatwością czytała mama. Z tamtych dni pamiętam tylko smutek rozczarowania, dziecięcy ból, jakby mi ktoś ostatecznie nie dał czekoladowego cukierka, o którym cały tydzień myślałam.
Z mojej strony wyglądało to tak: mama ubierała chłopców i mnie – cała nasza malutka trójka chyba już była na tyle duża, że można nas było zabrać na krótki spacer „za rączki” piechotą. Przynajmniej tak to dziś pamiętam – idziemy z mamą główną ulicą, bardzo rzadko obok nas przejeżdża jakikolwiek samochód czy choćby sąsiadka na rowerze. Ludzie w tym upale kryją się po swoich zacienionych domach. Jest straszliwy skwar, z nieba słońce parzy zieloną, bujną roślinność, która rośnie przy tej asfaltowej, wiejskiej drodze. W powietrzu pachniało wtedy dojrzałymi, słodkimi mirabelkami – tak, mijaliśmy takie wielkie krzaki z żółtymi śliweczkami. Mama nie pozwalała jednak zbierać ich prosto spod drzewa, pewnie bała się, że od niemytego zaraz rozbolą nam brzuchy.

FG6A9201
Całą czwórką, trzymając się za ręce szliśmy chodnikiem w kierunku małego białego budyneczku położonego na lekkim wzniesieniu. Dziś, gdy tę odległość widzę jako dorosła, wydaje mi się, że to zaledwie kilkadziesiąt metrów od naszego domu, ale wtedy… tak, to były dalekie, pełne emocji wyprawy z mamą. Pamiętam każdy kroczek w kierunku tamtego budynku, każdy promyk słońca, który nam w podniosłej atmosferze przed spotkaniem towarzyszył. Gdzieś w małej dziecięcej główce pobrzmiewał strach: „A co, jeśli także dziś pani opiekunka wywiesiła na drzwiach te białą karteczkę?”.
Ale nie. Na szczęście nie tym razem. Brązowe drzwi z malowanych deseczek otworzyły się przed nami, gdy mama pociągnęła za klamkę. Boże! Jaka to była ekscytacja! My nie wchodziliśmy, my wbiegaliśmy jak małe dzikuski do środka. W małym, dość mrocznym budyneczku było chłodno, tak wspaniale, szczególnie jak na tamten upalny czas. A jak tam pachniało! Jakiż to przepiękny zapach unosił się w małych, zacienionych pokoikach murowanego budynku. Nie patrząc już na mamę, ruszyliśmy z moimi braciszkami w kierunku półek, przy których stała pani opiekunka: „Tu będą dla was najpiękniejsze opowiastki: Na jagody z obrazkami, Rogaś z Doliny Roztoki…”.

zudit_gdynia (9)
Mama na chwilę zawsze znikała między półkami z kryminałami, do dziś zresztą pozostały jej miłością. A ja, najstarsza siostrzyczka z moimi braćmi klęczałam przy pojedynczym regale, w którym ułożone były dość już stare, pomięte i pożółkłe ilustrowane książki z bajkami. Boże, jak one cudownie pachniały! Jakie miały mięciutkie, wypracowane dłońmi innych dzieci, strony! Żal, że mogliśmy wybrać danego dnia tylko kilka (jak mówiła moja mama: „nie bierzemy za wiele, przeczytamy te trzy, by za tydzień znów tu wrócić”).
Tak. To było jedno z najbardziej magicznych, wytęsknionych miejsc mojego dzieciństwa:
Malutka wiejska biblioteka.
Tak piękna, tak trudno dostępna.

PS Wpis przyszedł mi do głowy przy okazji trwających Światowych Dni Książki. Tamten biały budyneczek od wielu już lat stoi opuszczony, nie wiem, co stało się z naszymi cudnie ilustrowanymi, starymi książeczkami dla dzieci, ale na zawsze już zostaną w moim sercu. Mama w jakiś magiczny sposób wiedziała, jak się buduje w pociechach miłość do czytania – sama ma jej w sobie wiele do dziś.

Zdjęcia: Pikolina