Taki Lajf!

Biżuteria, która uratowała pewną uciekinierkę

Od miesiąca mieszkamy w wieżowcu – trafiliśmy na cudowne ósme piętro z widokiem na nieziemskie wschody i zachody słońca. Przeprowadzka wiązała się z moim stanem – szukaliśmy więc po prostu ładniejszego lokum, gdyż dotąd, jak Wam opowiadałam: moim życiem rządził zabawny paradoks: 

na co dzień jako dziennikarka gazet wnętrzarskich pisałam o designerskich kuchniach i łazienkach za grube tysiące złotych monet, sama jednocześnie mieszkając w ciemnym, PRL-owskim mieszkaniu z obdrapanym linoleum na podłodze. Było to powodem moich lekkich kompleksów – ale do czasu. Nowe okoliczności kazały nam spakować tobołki i wynieść się kilka ulic dalej, do nowego, wyremontowanego gniazdka. Karlosa, który raczej nie lubi zmian, przekonały do niego przede wszystkim widoki – wieczorami z okien naszego położonego na ósmym piętrze lokum widać bajkowe zachody słońca i daleki horyzont, rano zaś, od wschodniej strony, na wielkim balkonie możemy razem pić kawę i witać słońce. Myślę, że pewnego dnia namówię Pikolinę, by popstrykała trochę zdjęć właśnie z tymi widokami – jak dotąd dzieliłam się nimi tylko na moim snapchacie, tutaj: zudit_blog.

Nie mogło być inaczej – przeniosła się z nami i Gucia, która spokojnie żyje sobie w zaciszu pluszowej psiej budy. A jeśli jeszcze jej nie znacie, powinniście wiedzieć, że niektórzy nazywają ją „słodką namiastką psa” – waży zaledwie dwa kilogramy, kocha sąsiadów, koty i psy, zawsze lgnie do ludzi. Słowem, pies obronny – zaczepia wszystkich dookoła, a my musimy jej bronić.

guciu

Na spacery zjeżdżamy windą, co raczej bardzo lubi. Natomiast między spacerami i zabawami pies śpi, a my – bądźmy szczerzy – nie zwracamy na niego uwagi, zajęci swoimi sprawami. Wczoraj jednak ten mały niepozorny zwierzak postanowił splatać nam figla.
Była godzina siedemnasta, odpoczywamy po pracy, w mieszkaniu błoga cisza, gdy nagle – dzwoni telefon:

– DZIEŃ DOBRY, CZY NIE ZGINĄŁ PANI MAŁY PIES? NAZYWA SIĘ CHYBA GUCIA. – krzyczał jakiś młody chłopak w słuchawce.
– Słucham? Mój pies nie zwykł sam otwierać sobie Gerdy w drzwiach i zjeżdżać windą na spacer… zażartowałam, myśląc, że to absolutnie niemożliwe, by Gucia mogła tak nagle zniknąć z zamkniętego mieszkania na ósmym piętrze.

Zaraz, zaraz… niepewność coraz szybciej kiełkowała w mojej głowie. Ten pan nie żartował. Szybko weszłam do kuchni, gdzie stoi jej pluszowa buda i faktycznie – psa nie było!

– MAM TU PANI PSA, TYLKO PROSZĘ SZYBKO PRZYJŚĆ, BO ZA CHWILĘ TO JA WYCHODZĘ! – mówił zniecierpliwiony chłopak, podając adres: Fabryczna 47, czyli… cztery wieżowce dalej?!

Myśl, że „to przecież do cholery niemożliwe!” na razie zarzuciłam, bo trzeba było biec po zgubę. Karlos, który jeszcze przed chwilą zasypiał, na sensacyjną wieść o ucieczce psa, czekał już pod drzwiami w gotowości. Zjeżdżamy więc windą, nieco roześmiani, nieco przestraszeni. Nagle na parterze wita nas młody sąsiad:

– Czy to nie wam uciekł pies? Podałem zły adres, sorry! Psiak biegał tu sobie po parterze i chciał się wydostać na dwór. Dobrze, że miał identyfikator z numerem telefonu na szyi, bo tak to szukaj potem wiatru w polu! Proszę, oto uciekinierka! – uśmiechał się chłopak.

DSC03434-644x428

Zgarnęliśmy zgubę z powrotem do windy. Dziwne, czułam się, jakbym odzyskała utracone dziecko! Znajomi śmieją się, że tak śmiertelnie poważnie podchodzę do Guci – ale to przecież członek naszej rodziny, a my swoją najbliższą rodzinę mocno kochamy!

Tylko ta ucieczka… Jak to się w ogóle stało? Okazało się, że Gucia, skradając się bezszelestnie niczym puma, wymknęła się, korzystając z otwartych drzwi mieszkania, które nieświadomy K. musiał na chwilę uchylić. Zabawne, bo musiała przejść korytarz oraz minąć naszą sypialnię – mimo to niczego nie słyszeliśmy.
To był ten pierwszy raz, kiedy medalion na psiej obroży uratował naszego niezaradnego życiowo psiaka. Niezaradnego, bo przecież myśli, że nie tylko wielkie psy, ale i rozpędzone samochody są przyjaciółmi, do których trzeba biec. Czuję się w obowiązku doradzić i Wam – wieszajcie swoim zwierzakom identyfikatory przy obroży!

Wie coś o tym także moja przyjaciółka Agnieszka z Buuby.pl, której pinczerki (notabene rodzice Guci) uciekają z domu chyba już notorycznie. Ostatnio nawet przy mnie Aga odebrała telefon:

– Proszę przyjechać po psa, jest przy sklepie XYZ (czyli jakieś 3 kilometry od swojego domu!).

Ileż razy na moim osiedlu ja sama spotkałam zagubione  zwierzaki – małe i duże, które widocznie szukały drogi do domu, rozglądając się niepewnie dookoła. Choćbym bardzo chciała – nie mogłam im pomóc.

Pies nie może mówić, nie przedstawi nam się, nie poprosi: zadzwoń do mojego pana, tęsknię za nim.

Naprawdę warto jest inwestować w psią (i kocią!) biżuterię – identyfikator z imieniem i numerem telefonu to groszowa sprawa! Polecam serdecznie, Gucia Kokoszkiewicz ;)

Zdjęcia: Pikolina, Buuba.pl

zudit_hippie_boho-17-1024x682