Taki Lajf!

Czy to już koniec bloga żudit.pl?

Jak wiecie, od samego początku buntowałam się na zaskakującą wieść o ciąży: „Nie chcę jeszcze kończyć swojego wesołego życia!”, „Tak niewiele osiągnęłam, zbyt mało świata zobaczyłam!”, „Napiłabym się teraz whisky z jabłkiem! Ale jak to: NIE MOGĘ?!”. 

„Nie teraz, no fucking way!” – to były te pierwsze myśli. I szczerze – bardzo zazdrościłam tym wszystkim facebookowym koleżankom, że tak po prostu, po ludzku, potrafiły się ciążą cieszyć. Moim zmartwieniem na pierwsze tygodnie było tylko to: „Fuck, na pewno dużo przytyję! Muszę jeszcze wyjechać na jakieś zagraniczne wakacje, ZANIM MOJE ŻYCIE SIĘ SKOŃCZY, muszę zrobić tak wiele rzeczy!”.

W takim duchu odbyłam też rozmowę z Nishką – ona była chyba wtedy w 4, ja zaś 3 miesiącu. Powiedziała coś, co do tej pory pokrzepiająco pobrzmiewa mi w głowie:

-„Nie martw się swoimi zimnymi uczuciami, są normalne. Nie bez przyczyny natura stworzyła ciążę trwającą 9 miesięcy – to czas, by spokojnie przejść przez te wszystkie stany emocjonalne – od buntu i złości, poprzez pogodzenie się z sytuacją – potem pojawi się miłość”.

I tak to się powoli faktycznie staje. Nad ciążą i dzieckiem nie roztkliwiam się nadal, ale czasem coś pęka. Opowiem na ciekawym przykładzie:

Pewnego dnia czytałam wpis jakiejś blogerki parentingowej – było to ogólne zachwycanie się nad macierzyństwem, niezrozumiałe dla mnie wylewy matczynych uczuć. Totalnie jednak oburzyłam się i przestałam tego bloga czytać, gdy doszłam do poniższego zdania napisanego przez świeżo upieczoną mamę:

„Idąc do porodu powiedziałam mężowi: <<pamiętaj, gdyby były jakieś komplikacje, coś poszło nie tak, i gdybyś miał wybierać, czyje życie ratować – to oczywiście nasze dziecko, a nie ja, ma przeżyć!>>”.

w ciązy

Będąc już w 4 m.c. oburzyłam się na te słowa: „co za głupia i naiwna kobieta! Przecież ona ma tyle za sobą i przed sobą, tak wielu przyjaciół, rodzinę, która będzie po niej płakać! A to dziecko? Ono i tak nie zdaje sobie z niczego sprawy! Nie doceni nawet jej poświęcenia! Głupia kobieta!”.

Wiele długich  tygodni ta historia siedziała mi w głowie. I nagle, ostatnio, choć nie należę do babek roztkliwiających się, sama dałam się temu ponieść:

W trakcie spaceru mijałam jakąś mamę z wózkiem – ot, zwyczajny obrazek jakich wiele. W głębi wózka, sądząc po różowym ubraniu, leżała mała dziewczynka. I taka oto natchnęła mnie rzewna myśl:

O mój Boże! Przecież i w moim życiu pojawi się za chwilę taki leżący cicho, bezbronny człowiek. Ja też wybrałabym życie takiej małej istoty! Ja, stara baba, przeżyłam już przecież tyle pięknych rzeczy: beztroskie studia, zagraniczne wyjazdy, miłość, piękne przyjaźnie, kąpiele błotne na Woodstocku! Tyle od życia dostałam! Chciałabym, żeby i ta moja dziewczynka miała tak fajne przygody jak ja! To byłby egoizm z mojej strony, gdybym jej na to nie pozwoliła!

Jeszcze tego samego dnia obwieściłam Karlosowi, żeby wiedział, czyje życie ma wybrać w razie komplikacji w szpitalu. To taka tam dziwna anegdotka, która kiedyś wydawała mi się głupia, ale pokazała, że faktycznie uczucia w ciąży zmieniają się diametralnie.

Wcześniej jak wiecie cholernie bałam się np. rosnącej wagi – teraz wprost kocham swoje kształty. Nakładam obcisłe sukienki podkreślające ciążowe wdzięki i idę ulicą z tak wysoko zadartym nosem i dumnie wypiętym brzuchem, że aż tłumy się rozstępują. „Ktoś patrzy na mój brzuch? To nie przez to, że jest wielki, tylko że na pewno mi go zazdrości!” – zrobiłam się w tych swoich krągłościach dziwnie pewna siebie.

ciąża

Najbardziej jednak polubiłam w sobie takie pierwotne, zwierzęce instynkty, które niedawno zaczęły się ujawniać. Kojarzycie może te sceny z filmów o zwierzętach: powiedzmy mama małych surykatek, zaatakowana przez dużo większego od siebie drapieżnika, w obliczu zagrożenia młodych, irracjonalnie gotowa jest swoim niewielkim ciałkiem rzucić się do gardła nawet gepardowi? (może z gepardem przesadziłam, ale to o tę skalę mi chodzi). Coś podobnego dzieje się z ciężarną kobietą:

Kiedyś, gdy szłam chodnikiem i kątem oka widziałam np. rozpędzony rower czy grupę pijanych facetów, pokornie usuwałam się na bok, żeby mnie przypadkiem nikt nie zaczepił. Dziś, gdy swój brzuch instynktownie chronię przed wszystkim, w momencie, kiedy widzę szybko jadący rower/skuter/samochód/inne zagrożenie, odzywa się we mnie wilczyca:

Nie, nie będę się kłócić, czy zwracać uwagę: „proszę tu uważać, bo jestem w ciąży”. Ja po prostu widzę oczyma wyobraźni, że bez słowa rzucam się kłami do gardła i rozszarpuję tętnice np. rozpędzonego złoczyńcy na rowerze: bo śmiał zagrozić dziecku, które noszę. Nigdy wcześniej nie buzowała we mnie taka furia w obliczu zagrożenia – i powiem Wam, że to śmieszne: ale lubię siebie taką groźną!

Najważniejsze pytanie: czy to już koniec „normalnej” Żudit? Jaki parenting będę tu uprawiać? 

Fakt, wiele się teraz zmienia… Chciałabym jednak „o tym wszystkim” mówić, bo to ważna część życia, nowa przygoda; ale też chcę pisać o ciąży w swoim dotychczasowym, cynicznym stylu. Na pewno bez pokazywania twarzy dziecka, opisu odcieni kupek, bez pochwał „mleczka z cycusi”.

Nishka Zudit

Co do zdjęć: już teraz dostaję po badaniach fotki 3D dziecka: i owszem, ten mały śpiący człowiek podoba mi się, wywołuje uśmieszek satysfakcji („taka piękna, po mamusi!”), ale to nie powód, by tymi obrazkami dzielić się z całym światem.

Nie martwcie się więc o mój stan psychiczny. Nie zasypuję Was tkliwymi fotkami z USG i nie zamierzam tego robić po porodzie. Choć to naturalne, że kochającym rodzicom podobają się ich dzieci -€“ choćby obiektywnie były paskudne i wyglądały jak siedem nieszczęść. Wiem jednak, że ten widziany przez rodziców „ósmy cud świata, ta boska księżniczka” w tym samym czasie dla obcych osób jest tylko jednym z miliona identycznych niemowlaków/cudzych bachorów. Mam litość, takich zdjęć nie chcę pokazywać. A i te swoje tkliwe rozpływanie się nad urodą panieneczki zostawię do wysłuchiwania rodzinie. O to się nie martwcie :)

Tak na koniec – nie oszukujmy się – małe dzieci, te zaraz po urodzeniu są brzydkie. Szparki zamiast oczu, zmarszczki, siny kolor, tłuste miszelinki. Wyglądają trochę jak Ryszard Kalisz – zawsze miałam właśnie takie odczucia na widok wrzucanych przez koleżanki fotek dzieci w internecie. Dla mamy i taty to”najpiękniejszy skarb”, ale dla obcych ludzi – kolejny identyczny dzieciak. Szanuję to! I szanuję też własne dziecko: które ani nie może mi udostępnienia swoich zdjęć odmówić, ani nawet obronić się, gdy ktoś w internecie nazwie je dziecięcym odpowiednikiem Ryszarda Kalisza.

Zbytnio też cenię Was, a zdarza się przecież, że otwarcie przyznajecie: „Nie cierpię bachorów, ale Ciebie Żudit lubię czytać”. I z tą myślą z tyłu głowy będę tu publikować treści.

Z blogowych zmian: nie znikamy, ale pojawią się „TE” tematy (tak jak wspominałam, z częstotliwością 1 na 3 wpisy), stopniowo też chcę odejść w tryb publikowania nie trzy, ale dwa razy w tygodniu – niestety trochę z przyczyn zdrowotnych. Zapraszam więc w każdy poniedziałek i czwartek na nowe teksty i zdjęcia!

PS Tę sesję robiłyśmy, gdy u mnie zaczynał się szósty, a u Nishki siódmy miesiąc, czyli jakieś 30 dni temu, autorka fotografii: Agnieszka Dzieniszewska, Buuba.pl