Taki Lajf!

Czy warto chodzić do szkoły rodzenia?

Po pierwszych ćwiczeniach praktycznych wróciłam do domu totalnie rozdygotana. Resztę dnia przepłakałam. Bo dopiero szkoła rodzenia uświadomiła mi, że nic nie wiem i nawet kukiełki noworodka nie umiem odpowiednio trzymać w dłoniach – „to co dopiero będzie z dzieckiem?!”. 

Tak było – na pierwszym spotkaniu, takim z rehabilitantem niemowląt, gdy trzeba było ćwiczyć prawidłowe podnoszenie/przewijanie, kukiełka dziecka mnie jedynej (z całej grupy) wypadła z rąk. Drugiego dnia, kiedy doradca mówił o zaletach naturalnego karmienia, atrapa sztucznej piersi też wyleciała mi z dłoni, i zamiast do ust lalki, przetoczyła się przez podłogę i trafiła pod regał.
Jak widzicie pierwsze niezdarne próby bycia matką wyszły fatalnie – Karlos mi świadkiem, że przychodziłam do domu naprawdę zdołowana.

Pewnie, gdybym na tym poprzestała i przerwała nauki, dziś pisałabym tu, że szkoły rodzenia są do bani. Że tylko niepotrzebnie generują stres i umacniają w przekonaniu: „wiem, że nic nie wiem”. Ale właśnie: strach ciążowy to po prostu strach przed nieznanym: „jak wygląda poród?”, „czy to zawsze tak straszliwie boli?”„co się teraz dzieje na tych polskich porodówkach?”, „jak się prawidłowo trzyma takie małe dziecko?”, „jak nie zwariować, kiedy dostaje kolek?”.

Szkoła rodzenia jest jak terapia – im więcej już wiesz, tym mniejszy strach. Oto powody, dla których absolutnie warto się tam zapisać (co ważne, szkoły na NFZ są dziś naprawdę nowoczesne i ze świetną atmosferą – polecam, bo sama do takiej chodzę!).

1) Dzięki nim nie ma nudy – odkąd jestem na zwolnieniu, jedynym wydarzeniem dnia jest wyjście do sklepu lub księgarni. Nie, żebym z tego powodu specjalnie cierpiała, przeciwnie – to jest właśnie cudowne, mieć po raz pierwszy w życiu tak beztroski czas! Ale te dni, kiedy jest 1,5-godzinny wykład na szkole rodzenia, to dopiero wydarzenie – trzeba się wyszykować, przyjść, włączyć do dyskusji, zadawać pytania, notować – bardzo pozytywnie, jak kiedyś, na studiach.

FG6A9160

2) Bezkarnie popatrzysz sobie na inne babki z brzuchami – bo kiedy sama jesteś w ciąży i gdzieś przypadkiem, np. w sklepie widzisz inną dziewczynę w odmiennym stanie, jej widok naturalnie cię zainteresuje. Tylko że… niezręcznie tak przyglądać się brzuchowi obcej kobiety, a tym bardziej już do niej zagadywać, kiedy ta spokojnie robi sobie zakupy na obiad. Szkoła rodzenia to co innego – na inne brzuszki można patrzeć bezkarnie, podobnie jak nawiązywać znajomości, porównywać przebieg ciąży z kobietami, które są w identycznej do twojej sytuacji.
3) Poznasz prawa pacjentki na porodówce. Niby można o nich przeczytać i w internecie, ale inaczej się na to patrzy, gdy o wszystkim opowiada np. położna laktacyjna, która w państwowych szpitalach pracuje od 25 lat. Kiedy więc mówi ci: „nie gódź się na dokarmianie noworodka sztucznym pokarmem tylko dlatego, że w szpitalu są takie zwyczaje”, albo: „na stoliku przy łóżku połóż sobie książkę o karmieniu pt. „XYZ” – położne na jej widok raczej już będą wiedziały, że mają do czynienia z osobą świadomą i respektującą swoje prawa”; to wiesz, co robić. Takie drobiazgowe uwagi specjalistki naprawdę dodają pewności siebie.

FG6A9187
4) Zmniejszasz lęk – właśnie dzięki temu, że więcej wiesz. Całe życie znając np. historie porodowe mojej mamy, mówiłam, że nigdy nie zgodzę się na poród naturalny. Już sama myśl paraliżowała ze strachu. Ale teraz, po wykładach i kilku dobrych książkach podchodzę do tego ambicjonalnie: „Jak to?! Że niby ja nie dam rady urodzić?! Przecież to może być jedyna okazja w życiu do tak mistycznej, magicznej chwili!”. Jak mi z tym porodem wyjdzie, to się oczywiście okaże, ale zobaczcie, jak szybko fachowa wiedza i dobre lektury zlikwidowały strach budowany przez ostatnich 20 lat życia!

5) Zbliżysz się ze swoim partnerem – Niesamowita jest siła i moc, jaką daje ukochany, serio! Taka prywatna historia: ostatnie miesiące każdego dnia o godz. 21 padałam do snu totalnie wykończona. Dlatego nie widziałam też opcji, że na sobotnim weselu znajomych, będąc niemal w 8. miesiącu ciąży, będę się jakoś przednio bawić. Nawet uprzedziłam K., że „sorry, ale ok. 22 to ja idę odpoczywać do hotelu!”. Tymczasem, to takie przedziwne ciepło faceta, przytulające non stop ramię i troska (co chwilę te pytania: „Jak się czujesz?”) sprawiły, że bawiliśmy się nieziemsko – zarówno w towarzystwie, jak i na parkiecie – chyba do drugiej nad ranem! Skąd nagle w ciężarnej takie siły witalne? To właśnie magia bliskości ukochanego! O niej też sporo usłyszycie na szkole rodzenia – fajnie jest móc tam chodzić razem i np. przygotowywać się do rodzinnego porodu.

FG6A9181

6) Atmosfera w szkole – jest bardzo przyjazna, bo wokół ciebie są ludzie, których interesuje (lub za chwilę będzie) dokładnie to samo. Na przykład: nie myślę teraz totalnie o najlepszym staniku czy modelach buteleczek, ale dzięki temu, że inne mamy się tym martwią, już wiem, gdzie i jak dobrać najlepszą bieliznę czy bezpieczne dla noworodka smoczki (Jeju, czy ja to naprawdę piszę? Rok temu o tej porze martwiłam się tylko tym, że nie mam trampek na Woodstock;).

7) Kontakty – po każdym spotkaniu masz większe rozeznanie w terenie – wiesz już, że twoim mieście są doradcy laktacyjni (nauczyciele od karmienia dzieci) i możesz do nich zawsze zadzwonić; jest dyżurny dietetyk, który podpowie, co jeść; poznasz też polecanych przez inne mamy dziecięcych rehabilitantów (ponoć teraz jest na nich prawdziwy boom i trudno trafić na specjalistę z powołaniem).

8) Profesjonaliści przygotują cię na „najgorsze” – bo owszem, atmosfera w szkole rodzenia jest świetna – luz, słodkie kukiełki dzieci dookoła, uśmiechnięte położne, kolorowe przewijaczki i piękne ciężarne. Tylko że realia polskich porodówek wcale już takie raczej nie będą. Bardzo więc cenię sobie wypowiedzi położnych z 20-, 30-letnim stażem pracy, które uczciwie nas na wykładach uprzedzają:

– „Dziewczyny, pamiętajcie, nastawcie się psychicznie, że w państwowych szpitalach nie ma lekko – nieraz te porody odbywają się taśmowo, pielęgniarki na dyżurach są wykończone, a często niemiłe i opryskliwe. Zjada je papierologia – bo są rozliczone z ton wypełnionych dokumentów, a nie z tego, jak odebrały wasz poród”.

PS Duże brawa dla Karlosa – dałam tu jego zdjęcia, co nie zdarza się zbyt często:)

Zdjęcia: Buuba.pl/31 tydzień

1