nieCodzienność

Czy jako młoda mama chcę uciec z domu, gdzie pieprz rośnie?

Może jako młoda mama jeszcze nieraz odszczekam ten wpis? Kto wie. Dobrze znacie mnie z czasów „przeddzieciowych” – wiecznie gdzieś pędząca, zawsze z kimś umówiona; głowa z ambitnymi planami, zawsze łapczywie korzystałam z przyjemności życia. Dzieci? Owszem, „koniecznie kiedyś”, ale: „jeszcze nie teraz”.

Aż pewnego dnia na teście ciążowym zobaczyłam dwie kreski. Całą ciążę snułam więc plany, jak to ja „będę się wymykać z domu”, jak to „nie dam się upupić”, zawsze taka chłodna, nie dla mnie to pieluszkowe zapalenie mózgu. No, ale stało się. Zostałam mamą i wszystkie zimne kalkulacje wzięło niestety w łeb.
Nigdy nie zapomnę wizyty u mojej koleżanki, która w pierwszych tygodniach od porodu powiedziała:
– Tak już wariuję sama w domu z dzieckiem, że gdy tylko z pracy wraca mąż, zostawiam mu butelkę z odciągniętym mlekiem i wychodzę… idę przed siebie ulicami Warszawy, ślepo błądzę – to jest tak wspaniałe odstresowanie od bycia ciągle z dzieckiem, że polecam wszystkim – mówiła.

Szczerze? Byłam przekonana, że na urlopie macierzyńskim i ja będę wychodzić, by w szaleństwie gdzieś tam po Białymstoku błądzić. Uprzedziłam o tym Karlosa, od początku też walczyłam o wolny czas tylko dla siebie, z góry zakładając, że jako mama na pewno będę go potrzebować. Tymczasem… trwa drugi (!) już miesiąc z Maleństwem i ani razu nie pomyślałam, żeby uciec na Księżyc, ani razu nie ciągnęło mnie gdzieś do ludzi (to się pewnie zmieni, co?). Wprost przeciwnie – gdy byłam z kimś umówiona na wyjście (np. na max 2 godzinki bez dziecka), nosząc córeczkę na rękach i patrząc w te jej lśniące oczka, w głowie układałam milion wymówek, które przedstawię koleżance, tłumacząc, dlaczego tego dnia absolutnie nie mogę wyjść. Szczęśliwa mama w połogu wymyśli tysiąc powodów, by tylko nie musieć rozstawać się z dzieckiem! Szaleństwo! Bo to tak zupełnie niepodobne do mnie;)

młoda mama

Ale kto wie, być może ten nasz Osesek się jeszcze o to postara, być może „najgorsze” się jeszcze zacznie wraz z kolkami, ząbkowaniem itp. Wtedy zamarzę o ucieczce, gdzie pieprz rośnie.

Tymczasem korzystam z umowy z mężem – już na samym początku uzgodniliśmy, że każdego dnia po jego powrocie z pracy „odbieram sobie” półtorej godziny wolnego – by samej wyjść na zakupy, obejrzeć w ciszy ulubiony serial lub zamknąć się w pokoju obok i poćwiczyć Chodakowską (wróciłam do treningów 3 tygodnie po porodzie – kiedyś Wam o tym napiszę, ale najpierw poczekajmy na efekty). Wszystko to dla zdrowia psychicznego młodej mamy, ale też, by tatuś budował więź z Maleństwem, będąc z nim sam na sam.
Wyobraźcie sobie, że kiedy te 1,5 godziny kończy się i wchodzę do pokoju, gdzie Karlos kołysze naszą córeczkę, czuję się, jakbym nie widziała jej przynajmniej z 10 lat – rzucam się do jej łóżeczka, witam jak po najdłuższej rozłące, przytulam, wykrzykuję euforyczne zdrobnienia, nie wypuszczam z ramion prze kilka kolejnych godzin. No szaleństwo!

Zastanawiam się jednak… A może ten stan bardzo radosnego macierzyństwa i łapczywego chłonięcia każdej wspólnej minuty jest stąd, że po prostu trafił mi się najlepszy z możliwych czas na macierzyństwo – skończone 28 lat, za mną cudowne szaleństwo studiów, 10 lat związku, w tym trzy spokojne lata małżeństwa, kilka ciekawych doświadczeń zawodowych, trochę wycieczek tu i tam. Siedząc dziś w domu z małym Oseskiem kompletnie za niczym już nie tęsknię – mnóstwo planów życiowych jako młoda dziewczyna zrealizowałam, nasyciłam się ludźmi, koncertami, dyskotekami, nauką, a dziś… trzymając w rękach to Maleństwo, mam poczucie, że oto osiągnęłam w życiu pełnię szczęścia. Szukałam go w obcych ludziach, w innych miastach czy krajach, a ono było tak blisko – we mnie, i ze mnie powstało.

młoda mama

Dziś dobre koleżanki z bezdzietnych czasów pytają mnie, czy od porodu wyszłam gdzieś, „czy nie świruję”, czy Karol umożliwia mi pobycie trochę samej. Pewnie, że wychodzę – kupić sobie jakiś ciuch, czy pospacerować dłużej z psem… mam świetnego męża, który sam mnie „wypycha do świata”, ale czuję, że na ten moment totalnie nie jest mi to do szczęścia potrzebne. Chcę chłonąć każdą minutę z Maleństwem – chcę być odbiorcą jej pierwszych „A-guu” i tych słodkich uśmieszków leśnego elfa. Nie wyczekuję dziś z utęsknieniem, kiedy podrośnie i zacznie siedzieć/chodzić/cokolwiek rozumieć. Chłonę ją tu i teraz.

 

Ja wiem, że za każdym dniem połogu, tego „mikrokosmosu” we dwoje będę tęsknić całe swoje późniejsze życie. A to wszystko tak ucieka… – każdego kolejnego tygodnia na wizycie położnej dowiaduję się, że Maleństwo urosło już 300 albo 500 gramów. Córeczka staje się coraz większa, coraz odleglejsza od tego miniaturowego, słodkiego oseska, którego przecież jeszcze wczoraj trzymałam w objęciach, gdy leżałam w sali poporodowej.
Nigdy już nie będzie sześciotygodniowym bobaskiem, jak dziś. Nigdy już nie będzie ważyć tych słodkich pięciu kilo jak teraz. Już jutro, już za tydzień będzie dzieckiem większym, bardziej interaktywnym, silniejszym. To wspaniale, bo chcę jej prawidłowego rozwoju, a jednocześnie… chętnie zatrzymałabym czas… i tuliła, mówiła, znów zdrabniała jej imię na setki sposobów, patrzyła w te lśniące, przejmujące oczka.
No po prostu… I fall in love with her.

Zdjęcia: Pikolina – fotografia dziecięca, ciążowa i rodzinna Białystok

młoda mama