Taki Lajf!

O synku, który powrócił z zaświatów

Przed rokiem opublikowałam na blogu tekst pt. „Dziecko kochane nie widzi swojej biedy”, o tym, że kilkuletnie maluchy, gdy otaczane są w domu ciepłem i szacunkiem rodziców, czują się szczęśliwe, nawet, gdy rodzina żyje bardzo skromnie. 

Wtedy nie sądziłam, że wrócę do tego posta już jako mama małej dziewczynki. Bo muszę się Wam przyznać, że wielkim smutkiem i tematem rozlicznych rozmów po tym, jak dowiedzieliśmy się, że zostaniemy rodzicami, było nasze mieszkanie. Wynajmowaliśmy (i nadal żyjemy w wynajmowanym, choć innym) 48 metrów kwadratowych – trzy pokoje ze starym parkietem na podłogach, z łazienką wyłożoną szarym linoleum i kuchnią z płytkami z czasów PRL-u. Zupełnie irracjonalnie, ale wiele dni ciąży bardzo przeżywałam, że córeczka będzie stawiać pierwsze kroki w tych smutnych ścianach. Nie dopuszczałam do siebie słów pocieszających mnie przyjaciółek: „Głupia jesteś! Czy ty nie wiesz, że dla dziecka najważniejsze są bliskość mamy i miłość rodziców, a nie to, czy w domu panuje modny styl skandynawski albo czy śpi w kołysce za 3 tysiące?”.

Ciągle zadręczałam się, czując, że albo musimy odnowić obecne mieszkanie i dodać mu świeżości, albo się z niego wyprowadzić. Los chciał, że znaleźliśmy inne lokum i w trzecim miesiącu ciąży wyprowadziliśmy się do mieszkania świeżo po remoncie. Wtedy nieco odetchnęłam.

Ale dziś wiem, że młodzi rodzice zupełnie niepotrzebnie zadręczają się sprawami materialnymi – bo tak naprawdę w pierwszych latach życia dziecka to ciepło i bliskość zastępują te designerskie mebelki, ładną drewnianą podłogę w salonie czy hydromasaż w łazience. Na nic mi teraz piękna kołyska, kiedy dziecko non stop chce być noszone na rękach lub przytulone w chuście. Na nic ładnie urządzony salon, bo dziecko i tak będzie w nim spazmatycznie płakać, gdy nie daj Bóg poczuje, że mama gdzieś z niego wyszła.

lion droga domu

 

Wszystkie te myśli doprowadziły mnie do refleksji – jakie sama mam wspomnienia o swoim domu dzieciństwa? Czy kiedykolwiek miało dla mnie znaczenie, jak ten dom wyglądał? Tam, gdzie wychowałam się z trójką moich braci, nie było miejsca, by każdy miał swój pokój – siedzieliśmy zawsze razem w małym pokoiku telewizyjnym. Nie było salonu z wielkim telewizorem, designerskich zabawek ani firmowych ciuchów, bo rodzice mieli nas czwórkę, a długo tylko tata utrzymywał rodzinę. Na tamtych niezapomnianych 50 metrach kwadratowych było dla mnie jednak coś o wiele cenniejszego – uśmiechnięta mama, młodsi bracia, rodzice bezwarunkowo się kochający. Nigdy później, gdy już wyprowadziliśmy się do wielkiego domu, w którym każdy miał własny pokój, jako rodzina nie czuliśmy się tak blisko, jak w tamtym ciasnym skromnym mieszkanku.

Teraz, po 20 latach mam to szczęście, że mogę wziąć stary klucz do (dziś niezamieszkanego) mieszkania mojego dzieciństwa i usiąść w nim, np. w tym małym, totalnie już pustym pokoiku, w którym pewnej nocy, gdy mnie, małej dziewczynce przyśnił się koszmar, mogłam po cichu wskoczyć pod ciepłą kołdrę mamy i się do niej przytulić. Nic nie budzi takich uczuć, jak ta stara łazienka z kafelkami z PRL-u, w której mama kąpała nas w wannie z moimi małymi braćmi. W której pierwszy raz nałożyła mi bluzeczkę z obrazkiem Myszki Miki i powiedziała, że kiedyś będę taka duża, że sama będę potrafiła nałożyć sobie ubrania, a mnie to się wtedy totalnie nie mieściło w głowie. Nic nie budzi takiej tęsknoty jak nasz pusty dziś „duży pokój”, w którym z rodzicami ubieraliśmy najcudniejszą, pachnącą lasem i najbardziej kolorową choinkę świata. Choinkę, przy której w Boże Narodzenie, stojąc na stołeczkach (żeby dodać sobie wzrostu) śpiewaliśmy z braćmi pierwsze kolędy, a zaproszeni goście tak głośno bili nam brawa, że pewnie było je słychać na ulicy. Nic też nie budzi takich uczuć jak ta stara kuchnia, w której mama, zmęczona ale i tak zawsze uśmiechnięta, smażyła ciepłe obwarzanki, żeby przy oglądaniu dobranocki było nam miło. Nigdy później nie jadłam już lepszych. Dziś te stare drewniane okna domu dzieciństwa wpuszczają do środka chłód, a przecież to jeszcze jakby wczoraj zerkaliśmy z nich, czy na podwórku jest wystarczająco dużo śniegu, by wyjść z braćmi na sanki i wreszcie nałożyć te nowe, kolorowe kozaczki.

Kochany, idealny dom dzieciństwa…

A czy wyobrażacie sobie, że mając pięć lat, moglibyście go tak po prostu, przez głupi przypadek, utracić?

lion droga domu

Taka historia przytrafiła się w rzeczywistości małemu Saroo – indyjskiemu chłopcu, który pewnego dnia zupełnie przypadkowo wsiadł do pociągu, który z każdym kilometrem oddalał go coraz bardziej od mamy i trójki kochanego rodzeństwa. Historia bohatera książki „Lion. Droga do domu” nie jest piękną fikcją, jak ta opisana w „Slumdog, milioner z ulicy” – to wszystko wydarzyło się naprawdę.

Był więc mały chłopiec, który usnął w przyspieszającym pociągu jadącym w nieznanym kierunku. Mimo że Saroo zbytnio jeszcze nie potrafił mówić, czuł, że jest uwięziony w wagonie i w żaden już sposób nie może powstrzymać oddalania się od domu. Gdy po kilkudziesięciu godzinach pędzący pociąg zatrzymał się w oddalonej o setki kilometrów, potężnej i niebezpiecznej Kalkucie, malec wylądował na ulicy i był zdany tylko na siebie. Nie pamiętał, skąd pochodzi. Nie wiedział, jak wrócić.

lion droga domu

Małe dziecko odtąd żyło na dworcu, walcząc o przetrwanie i powrót do domu. Na nic zdało się wsiadanie do przypadkowych pociągów (naiwnie wierzył, że któryś na pewno zawiezie go do rodziny), na nic proszenie o pomoc – przechodnie nie zwracali uwagi na kolejne z setek żebrzących indyjskich dzieci („Było nas na ulicach zbyt wiele, żeby się nad nami litować”). Saroo spał więc pod dworcową ławką i jadł okruszki z ziemi – kilka razy otarł się o śmierć, uciekając przed ludźmi, którzy prawdopodobnie byli albo porywaczami dzieci, albo handlarzami żywym towarem. To cud, że pewnego dnia chłopiec został adoptowany przez bardzo kochającą parę z… Australii. To tam, tysiące kilometrów od Indii, spędził kolejnych 25 lat życia, aż… po latach mozolnych przeszukiwań zdjęć w Google Maps, odnalazł swoją maleńką rodzinną miejscowość i dom, który utracił. Tęsknota za nim towarzyszyło Saroo przez całe życie. Wychował się w kochającym australijskim domu, ale wspomnienia były wszystkim, co mu zostało – ciągle do nich wracał, bojąc się, że zapomni. Nieraz silne emocje budził w nim widok rodzin, w których było dużo dzieci – „to wszystko przypominało, co straciłem”.

Odnalezienie rodziny graniczyło z cudem: Saroo miał jedynie mgliste wspomnienia pięciolatka. Pamiętał, że z rodzeństwem często chodzili głodni, oraz że mama była piękna i nigdy, nawet w złości go nie uderzyła.

lion droga domu

Przystąpienie do poszukiwań było trudne: na mapie przed sobą miał widok potężnych Indii, a gdzieś wśród tych wszystkich nazw linii kolejowych był jego dom. Zupełnie nie wiedział, gdzie go szukać. „Raz na jakiś czas ogłaszałem koniec poszukiwań, by potem przyznać, że nie potrafię z nich zrezygnować”.

Do przeszukania było olbrzymie terytorium – jakieś 962 300 km kwadratowych, zaś w strefie poszukiwań – 345 milionów ludzi, wśród których chciał odnaleźć czterech członków swojej rodziny – mamę, dwóch braci i młodszą siostrę.

To, co przy lekturze książki uderzyło mnie najbardziej, to zaskoczenie, jakie spotkało 30-letniego Saroo, gdy po latach wreszcie przyjechał do Indii i stanął przed drzwiami swojej indyjskiej chatki. Bo oto okazało się, że ukochany dom rodzinny, miejsce, gdzie szczęśliwie, choć biednie żył z najbliższymi, to tak naprawdę maleńkie klepisko z krowich placków i błota:

„Nie mogłem uwierzyć, że moja matka, siostra, bracia i ja – choć nie zawsze wszyscy na raz – mieściliśmy się na przestrzeni nie większej niż 3 metry kwadratowe”.

Bo ukochany dom, o którym całe życie pamiętamy, to nie modne ściany i piękne pokoje, tylko ludzie i ciepłe uczucia, którymi się darzą. Właśnie po nich w sercu zostają najlepsze wspomnienia. Ta książka pomogła mi pokonać także własne kompleksy dotyczące mieszkania i naszej małej rodzinki.

Historia Saroo jest tak niesamowita, że 30-letnim mężczyzną zainteresowały się media z całego świata, a już niebawem jej ekranizacja pojawi się w kinach. Jak wyglądało spotkanie matki z „synem, który powrócił z zaświatów”? Co stało się z rodzeństwem Saroo? O tym przeczytajcie koniecznie w książce „Lion. Droga do domu”, której premiera już 23.11.2016.

Natomiast dla pięciu pierwszych osób, które skomentują ten post na Facebooku (opisz krótko swoje najlepsze wspomnienie z domu dzieciństwa) tę książkę wyślemy w prezencie:)

Zdjęcia: Pikolina

 

lion droga domu

lion droga domu

lion droga domu

 

lion droga domu

lion droga domu