Bez kategorii

Coś, czego okropnie pożałowałam w wychowaniu naszej córki

wychowaniu

Jako bezdzietna dziewczyna, jeszcze nic niewiedząca o wychowaniu dzieci zawsze uważałam, że kłótnie i nieokazywanie szacunku partnerowi przy maluchach są po prostu mega słabe. Ze złością patrzyłam na koleżankę, mamę dwóch chłopców, która okrutnie pomiatała mężem przy ich dzieciach, a te… 

od razu wszystko „podchwytywały”, uczyły się, że do taty można odzywać się po imieniu (tak robiły 4-letnie maluchy, zaznaczam – bez jego zgody) albo rozkazywać mu (bo tak samo robi mama): „Zrób mi herbaty”, „Nie właź tu!”. Przyglądałam się, jak nieotaczany szacunkiem tatuś, notabene bardzo fajny, wykształcony facet, stopniowo oddalał się psychicznie od własnej rodziny, stawał się osowiały, nieobecny myślami. Było mi przykro, że stawia się go w takiej sytuacji.

W ciąży obiecywałam sobie nieraz, że ja tak nigdy robić nie będę, i choćbym kłóciła się z Karlosem na śmierć i życie, nasza córka powinna go kochać i szanować, niezależnie od relacji dorosłych. I choćbyśmy się rozwiedli, zacisnę zęby, ale nigdy złego słowa nie powiem, bo chciałabym, aby moje dzieci kochały swego staruszka tak samo mocno, jak i mnie.
Ale tego ranka, a była to sobota, coś poszło nie tak… Wiele rzeczy ponakładało się na siebie: był weekend, chciałam go spędzić rodzinnie, we trójkę, ale K. poinformował mnie, że całe przedpołudnie będzie grał w Warhammera u jakichś kolegów. Często wychodzi: nie mam żadnego problemu z tym, że ja zostaję z dzieckiem, a on w wieczorem pójdzie na piwo z kolegami z pracy lub z najlepszym kumplem. Serio, cieszę się, że ma rozrywkę. Nie jestem zazdrosną żoną, która czeka i liczy godziny do powrotu męża. Ufamy sobie we wszystkim. Ale ta sobota była jakaś feralna.

wychowanie

Komunikat, że Karlos zaraz wychodzi z domu był pierwszym negatywnym bodźcem. Na domiar złego nie mogliśmy się dogadać w innych drobiazgach: chciałam, by przed swoim wyjściem pomógł mi posprzątać, ale on powiedział, że zrobimy to „później, albo jutro”. Potem chciałam wykąpać malutką (bo wieczorem mamy randkę, a babcia sama tego raczej nie ogarnie), na co też odpowiedział mi: „Teraz mi się nie chce”. Jakoś tak ta irytacja mężem rosła we mnie i rosła. Wystarczyła kolejna głupia iskra – znów powiedział coś nie tak – i pomyślałam: ok, jak masz mnie gdzieś, to ja ciebie tym bardziej! Tylko że zamiast powiedzieć mu to w twarz i wyjść z pokoju, złe emocje przeniosłam na dwumiesięczną córkę, która leżała obok Karlosa w łóżku i przyglądała nam się. Powiedziałam:
– Chodźmy stąd malutka, tatuś nie chce się z nami bawić – a mówiąc to, już czułam, że gadam kompletną bzdurę, bo przecież on tak lubi z nią być. Chciałam tylko, by słowa go zabolały. To mi jednak nie wystarczyło. Swoim jadem plułam dalej:
– Mama to przynajmniej czyta ci bajeczki i masuje stópki oliwką! – Karlos słuchał i patrzył, jak zabieram córkę na przewijak.
Mówiłam dalej:
– Zobacz, on ciągle tylko leży i nawet nie weźmie cię na rączki – wyrzucałam z siebie.
Co najgorsze, Karlos w ogóle nie okazał złości, ale wyszedł z pokoju, by zjeść śniadanie w samotności. I wtedy coś mnie tknęło, że aż łzy stanęły w oczach:
– Duurna babo! To jest mega słabe, co właśnie robisz! Ulżyło ci?! Lepiej się czujesz? – pomyślałam i poszłam się do niego w geście przeprosin przytulić.
To tak trudne, by w chwilach największej złości na faceta nie przenieść złych emocji względem niego na dziecko. Karlos rzadko tu na bloga zagląda, ale gdyby jednak zajrzał, mam nadzieję, że zobaczy, jak mi pęka serduszko za każdym razem gdy na chwilę czuję potrzebę, by go zranić.
Dziewczęta, wiem, że wiele z Was ma dzieci – jak Wam udaje się mądrze kłócić, bez angażowania w to pociech? :(