Zakazane tematy

5 dziwnych sytuacji, którymi zaskoczyli mnie katoliccy księża

katoliccy księża

Dziś ostatecznie się we mnie zagotowało. Dawniej, po TYM poście, który przyniósł mi wiele nieciekawych perypetii z księżmi, obiecałam sobie, że już nigdy więcej publicznego wypowiadania się o kościele i kapłanach. Pech chciał, że ostatnio znów trafiła kosa na kamień… 

Nie chcę oceniać, ani opowiadać się tu po stronie kościoła czy „lewacji”, nie o to chodzi, jakie mam obecnie poglądy. Naprawdę długo broniłam się przed opowiadaniem na blogu o księżach – jestem pewna, że z każdym można się dogadać, niezależnie od poglądów – wystarczy trochę empatii i kultury osobistej. Tylko że jeśli od katolików wymaga się tak wiele, to dlaczego od NICH, będących przecież na świeczniku, tak widocznych, także  nie wymagać dużo? Lud potrzebuje dobrych pasterzy, szczególnie zaś lud młody, bo w nim nadzieja w naszym starzejącym się społeczeństwie. Tymczasem w ostatnich tygodniach odniosłam smutne wrażenie, że księża robią dziś wszystko, by zniechęcić do siebie młodzież. Jeśli tak nie jest, napiszcie, wyprowadźcie mnie z błędu – ucieszę się.
Zacznę swoją opowieść – oto kilka tygodni temu wybrałam się do księdza – szykowaliśmy się do chrztu córeczki.[sociallocker]

katoliccy księża
Pierwsza sytuacja: ksiądz na plebanii pyta mnie:
– Ale chrzczone dzieciątko pochodzi oczywiście z małżeństwa zawartego w kościele? Uff, bardzo dobrze, inaczej nasz proboszcz nie byłby zadowolony. W porządku, a chrzestni? Mam nadzieję, że też katolicy? Świetnie, to również nie będzie problemu. Mówi pani, że chrzestny ma 20 lat… a czy on nie żyje przypadkiem ze swoją dziewczyną w jakimś konkubinacie? Bo wie pani, nawet jeśli to jedynie konkubinat weekendowy, to już nie może ochrzcić dziecka – oznajmił.
„Konkubinat weekendowy” bardzo mnie rozbawił, ale cóż, przychodzę do księdza i Kościoła z konkretną sprawą, więc szanuję panujące tu zasady i nic głośno nie komentuję. Ale wróćmy do chrzestnego, bo ten musiał przecież wyspowiadać się przed chrztem… to już historia z innego miasta: ksiądz wysłuchał mojego 20-letniego brata, a potem zbeształ go:
-Co?! Sam masz 20 lat, a chodzisz z dziewczyną 16-letnią?! Czy ty wiesz, że dla mnie jesteś zwykłym pedofilem?! Ta dziewczyna przez ciebie skończy tylko na ulicy! Ty jej niszczysz życie! – krzyczał.
Brat był z księdzem szczery, ale w zamian za to usłyszał wyzwiska i… nie otrzymał rozgrzeszenia. Dziś mówi, że chyba nie opłacało się mówić prawdy, skoro ta była dla księdza nie do przyjęcia. W sumie „to to jeszcze nic”, bo w rodzinie opowiadaliśmy sobie tę historię z uśmiechem, nieco dziwiąc się, że znajomy nam od lat, bardzo sympatyczny ksiądz tak ostro obszedł się z naszym najmłodszym bratem… Dla mnie, o osiem lat starszej siostry, zawsze będzie on małym, pogodnym i przyjacielskim chłopcem, ale widać ksiądz widzi w nim tylko „zwykłego pedofila”, smutne.

katoliccy księża
Cóż, przyszło się i mi pójść do spowiedzi. Była to kolejna, niezależna parafia, dodam tylko, że ta słynie z pięknych mszy dla studentów oraz z księży, którzy ponoć „potrafią mówić językiem młodych” (och, jak bardzo się rozczarowałam). Podobnie jak mój brat, chciałam być od początku do końca szczera, bo wolę wysłuchać wiązanki od księdza niż nie uszanować kościelnego sakramentu. Nie opowiem Wam swoich grzechów w obawie przed czytającą mnie rodziną, ale przedstawię sens rozmowy: powiedziałam księdzu, że w wielu kwestiach nie zgadzam się z Kościołem, ale wierzę w Boga na swój sposób. A dowodem na to może być przestrzeganie dziesięciu przykazań, fakt, że od lat czytam Nowy Testament, że mówię codziennie modlitwę „Ojcze nasz”, których notabene codziennie słucha też moja córka. Ale młody ksiądz przerwał mi w pół słowa:
– Czytanie dziecku Nowego Testamentu nic nie znaczy! Jak pani tą swoją córkę chce wychować, skoro pani tak podchodzi do kwestii kościelnych?! „Ojcze nasz” i Biblia tu nie wystarczą! Jedyny słuszny kierunek to Kościół, inne odłamy chrześcijaństwa, o których pani wspomina, że są ciekawe, nie są tak ważne, bo nie mają wszystkich sakramentów! – pouczał mnie.
Cóż, nastawiałam się na krytykę i ją otrzymałam, ale od razu niestety trafiłam na  beton, ścianę, brak miejsca na jakąkolwiek przyjazną rozmowę i argumenty. Przyznam tylko szczerze, że nie spodziewałam się usłyszeć, jakoby czytanie dziecku najważniejszej księgi chrześcijan, z której płynie cała nauka, jak być dobrym, sprawiedliwym i kochać bliźnich, to tyle, co splunąć. Wiem, mocne to słowa, ale to niemal tak zabrzmiało. Ale nic to, Biblię i tak będę czytać, bo przecież nie dla aprobaty księdza to robię.

katoliccy księża
Te trzy przypadki zachowałabym dla siebie, bo nadal nie przekonywały mnie, by żalić się publicznie.
Ale cóż, nastał dzień chrztu Małej Coco. Czwarty już na naszej drodze ksiądz i kolejny zgrzyt. Jest niedziela, oczywiście spóźniamy się na plebanię (czy rodzice małych dzieci w ogóle potrafią być gdzieś na czas?), wbiegamy do księdza pięć (zamiast piętnastu) minut przed mszą:
– No, szybko, szybko, co to za śpiochy mi tu, siadać szybko! – burknął zdenerwowany, starszy ksiądz.
Staramy się z uśmiechem rozładować sytuację: że samochód nie odpalał w te mrozy, że dziecko długo się karmiło… Ale na nic tłumaczenia, ksiądz ewidentnie był zły:
– No dobra, podpisywać mi się tu – wskazał palcem na jakieś pole w jego księdze, a potem zwrócił się do mojego brata:
– Chrzestny, dajemy na ofiarkę: 150 zł, albo więcej.
Szczęka mi trochę opadła, bo raz, że słowo „ofiarka” było takie śmieszne, a dwa, że gdy robiliśmy wywiad po parafiach, ile powinno się dawać, zawsze było to „co łaska”, lub minimum 100 zł (nawet w największej w mieście parafii), a tu… kościółek na uboczu, ksiądz mega niemiły i jeszcze tak bez ceregieli przechodzi do kwestii pieniędzy. A gdybyśmy tyle przy sobie nie mieli? Zrobiło mi się jakoś przykro. Nic to, mój brat sięga jednak do portfela, w którym miał przyszykowane 200 zł, kładzie banknot na biurku i już w sumie odchodziliśmy, gdy ksiądz stał się zabawnie miły (nie uwierzyłabym, gdybym sama tego nie słyszała):
– O, dziękuję, Boże błogosław. To teraz idźcie proszę już do kościoła i poczekajcie z dzieciątkiem na środku – uśmiechał się przyjacielsko.

chrzest
Słabe, co? Ale nawet ta sytuacja nie przekonała mnie, by tu na blogu żalić się Wam na księży. Bo jaki byłby w tym cel? Przecież „to nie dla księży się wierzy”. Dopiero opowieść mojej koleżanki, która tak jak ja ma 3-miesięcznego niemowlaka, sprawiła, że się zagotowałam i zaniemówiłam. Ta młoda mama w ostatnim czasie nie miała lekko, maluch dużo płakał, wymagał jej uwagi „non stop”; nie miała kiedy nawet pójść do kuchni, by coś zjeść. A jako że mąż jest kucharzem i prowadzi rodzinny biznes, nie było go w domu, gdy przyszedł ksiądz po kolędzie. Uwierzcie, znam ją już jakiś czas i wiem, że jest bardzo miła, przyjacielska i gościnna… ale widocznie nawet do takich osób takich jak ona można się odnieść bez kultury i po chamsku.
Do rzeczy… młoda mama właśnie znalazła krótką chwilę, by wreszcie zjeść ciepły obiad (zamówiony do domu), gdy do drzwi zapukał ksiądz. Koleżanka nie przerywała sobie posiłku, ale przemiłym głosem zaproponowała księdzu coś gorącego do picia. Na co ten odpowiedział jej:
– Nie, ja też chcę zjeść ciepły obiad.
– Przepraszam, ale ja w domu akurat nie gotuję. Jeśli już, to robi to mój mąż – odpowiedziała koleżanka.
A co na to ksiądz? (Ja zaniemówiłam, sorry!)… oburzył się, że jak to możliwe: „KOBIETA I NIE GOTUJE?!”. Po czym wyśmiał męża, że „co to musi być za facet, skoro jest kucharzem”.
Nie napiszę tu żadnego mądrego zakończenia, bo gdy czytam to zdanie powyżej, ciągle się we mnie gotuje.[/sociallocker]

fot. Pikolina