Zakazane tematy

Lęki separacyjne – zobacz, co strach o dziecko może w Tobie wywołać

lęki separacyjne

Spotkałam swoją dawną koleżankę z pracy – odeszła z naszej redakcji kilka miesięcy temu. Trochę w atmosferze dziwnych nieporozumień (jak to między babami), trochę z zaskoczenia (pracowała u nas 20 lat, więc myśleliśmy: „kto jak kto, ale ona… na pewno nigdy nie zostawi tej redakcji!”). 

Wiele okoliczności złożyło się na to, że podjęła decyzję o odejściu – najważniejsze jednak, że znalazła dobrą pracę w innym miejscu. Nie zdążyłam się z nią pożegnać, bo byłam akurat na zwolnieniu lekarskim, było to bodajże w 6 miesiącu ciąży. Pewnego dnia przyszłam do naszej dyrektor wydawniczej w innej sprawie – spojrzałam tylko na biurko koleżanki i już, ot, tak, nie było jej. Wydawać by się mogło, filar tej firmy po prostu zniknął – żałuję, że nie zamieniłam z nią ostatniego słowa. Bo choć bywały między nami dni napiętej ciszy, być może chwile pretensji, była ona dla mnie kimś bliskim. Przyjęła mnie do pracy, zadzwoniła z dobrą nowiną „wybraliśmy panią, biureczko i laptop czekają od poniedziałku”, gdy powoli już popadałam w depresję czterech ścian. Pokazała wszystko, przedstawiła każdemu. Żal mi, że nasze drogi się rozeszły, bo mimo swoich czasem nietypowych zachowań w pracy, miała tę jedną, bardzo elegancką cechę: nie obgadywała innych pracowników i zwracała uwagę na to, czy robi komuś przykrość swoim zachowaniem. To naprawdę ważne, szczególnie wtedy, gdy w redakcji same „ciekawe charakterologicznie” babki, które, gdy tylko wyruszysz z pokoju zrobić sobie kawę, obgadają cię od góry do dołu, a potem, jak gdyby nigdy nic, uśmiechną i zapytają, czy pożyczysz im łyżeczkę cukru.
I właśnie… oto spotkałam ją, zupełnie przypadkiem na mieście… Poczułam się nieco skołowana, bo w sumie rozstałyśmy się bez dobrego słowa na do widzenia, bez uśmiechu czy życzeń powodzenia w przyszłym życiu. Spojrzała na mnie, najpierw serdecznie, po matczynemu, jak to miała zawsze w zwyczaju, a potem, jakby przypomniała sobie drobne niesnaski między nami… patrzyła już podejrzliwie, jakby przeze mnie, niby na ducha.

lęki separacyjne

Zagadnęłam, co u niej, jak dzieci – bo przecież tak bardzo kochała o tych swoich studentach opowiadać, jacy zdolni, jacy sumienni – coś odpowiedziała mi szybko, niby burknięciem tylko. Zapytała, czy nie wybrałabym się z nią w podróż pociągiem – „to tu, niedaleko, to wszystko Ci po drodze opowiem, jak było w naszej firmie, o czym nie wiedziałaś, dlaczego odeszłam po 20 latach”. Zgodziłam się, bo czułam, że jestem jej coś winna. Obwiniałam się – bo gdy w pracy atmosfera stawała się coraz bardziej zatruta i ludzie brzydko się do niej odnosili, nie trzymałam niczyjej strony – ot, odsiadałam się do kolegi, by mieć spokój z tymi babskimi wojenkami podjazdowymi.
I oto wsiadłyśmy do pociągu – byłam tak ciekawa jej opowieści! Tęskniłam za spokojnym tonem rozmowy z nią, za tą elegancją podszytą jakimiś matczynymi cechami. Jechałyśmy, nie zwracałam uwagi, w jakim kierunku, ani po co. Mówiła, co jej się u nas w redakcji nie podobało, wymieniała z imienia osoby, które wyrządziły jej świństwa. Spokojny ton przechodził stopniowo w taki pełen wyrzutu. Wyrzutu do mnie – bo przecież przyjęła mnie do pracy, towarzyszyła, nauczyła wszystkiego. A potem ja, zupełnie bez wdzięczności znalazłam sobie koleżanki – młode, wyluzowane, z którymi się wychodziło na piwo po pracy. Czułam, że ma do mnie pretensję – bo milczałam, kiedy ktoś odnosił się do niej bez szacunku. Bo nie stawałam w obronie, gdy inne dziewczyny okrutnie się z niej za plecami nabijały. Wyjaśniłyśmy sobie wszystko, przeprosiłam. Ona, po matczynemu, przytuliła ramieniem. Pociąg zatrzymał się – przyznam, całkiem straciłam poczucie czasu – ile mogłyśmy jechać? Zerknęłam przez okno. Jakieś góry pokryte śniegiem! Jakieś zabytkowe kolumny, podobne do tych antycznych z Grecji. Wybiegłyśmy przed siebie jak przyjaciółki, ona, beztroska, śmiejąca się głośno, ja – skołowana, bo cóż to za widoki?!

lęki separacyjne
– Zaraz, zaraz… Gosiu, co to za miejscowość i kiedy jest autobus powrotny do Białegostoku – zaczęłam panikować.
– Jesteśmy w Danii, najszybciej wrócisz do domu za jakieś 10 godzin – odpowiedziała spokojnie.
Zaczęłam kojarzyć fakty, coś mi świtało:
– BOŻE PRZENAJŚWIĘTSZY!!!!!! DZIECKO ZOSTAWIŁAM W DOMU!!!!! Nic to, że z tatusiem, toż ono zapłacze się na śmierć, gdy wieczorem go nie ukołyszę do snu! Jedna butelka odciągniętego mleka nie wystarczy – KARLOS PODA SZTUCZNE!! – włosy mi się zjeżyły ze strachu.
Zaczęłam ryczeć, każda komórka ciała przechodziła swój mały zawał. Piekło mi w sercu, tęsknota i świadomość, ile godzin drogi dzieli mnie z córką, ZA-BI-JA-ŁY. Zaczęłam krzyczeć:
-Błagam, nie, tylko nie to, błagam!!!
I obudziłam się. Wszystko wydarzyło się tylko w moim śnie. Cała spocona ze stresu, podniosłam się i nasłuchiwałam ciszy: maleńka spokojnie spała obok, po drugiej stronie oddech Karlosa. Boże, co za ulga. Lęki separacyjne są straszne: dotykają i dziecko, i matkę. Niemowlę, które nie ma żadnego poczucia czasu, gdy mama odchodzi na minutę, potrafi rozpłakać się dotkliwie: ono nie wie, że minuta to krótko: dla niego to wieczność, to niewiadoma, to pustka i wystawienie na niebezpieczeństwo bez mamy. Ja, mama z poczuciem czasu lęki separacyjne przeżywam we śnie – w najgorszych koszmarach śni mi się, że los nas teraz rozdzielił na 10 godzin – przysięgam, umieram w tych snach kawałek po kawałku.

Zdjęcia: Pikolina