Zakazane tematy

„Nie ma znaczenia, ile czasu dziennie spędzasz ze swoim dzieckiem!” – opowiada zapracowana lekarka

Opowieść tę usłyszałam na jednych z zajęć na szkole rodzenia. Był to kameralny wykład 35-letniej dietetyk klinicznej (dla mojej historii kompletnie nie ma znaczenia jej wygląd, ale jak na kobietę przystało, powiem Wam to: była prawdziwą reklamą dietetyki: smukła, z idealną cerą i włosami, doskonale zgrabna). 

Miała bogate doświadczenie zawodowe, mówiła o rozszerzaniu diety niemowląt, karmieniu naturalnym i innych, kompletnie nudnych rzeczach. Ale potem pojechała z kontrowersyjnym tekstem: „Wiecie co, jestem strasznie zapracowaną kobietą: prowadzę gabinet i własną firmę, jestem konsultantem na oddziałach noworodków, robię doktorat, uczę studentów. Nigdy niestety nie miałam zbyt wiele czasu dla rodziny. Ale przyznam Wam, że teraz, gdy mój syn ma 13 lat, myślę sobie, że nie ma znaczenia, ile czasu dziennie spędzałam ze swoim dzieckiem – liczy się to, jak się ten czas spędzało”.
Zaznaczę tylko, że świetna opowieść dietetyczki ma się nijak do niemowlęcia, tu absolutnie przez pierwszy rok życia warto być niemal na każde skinienie i pomruk maleństwa. Mi na przykład taka forma „niewolnictwa” bardzo odpowiada;) Zapracowana pani dietetyk mówiła raczej w kontekście dzieci kilkuletnich, posłuchajcie:
– Pewnego dnia, mój mąż, z którym niestety jestem rozwiedziona, odbierał naszego syna ze szkoły. Nie byłam przy tym, ale wyobrażam sobie, że po prostu – przywitali się i wyszli, kierując w stronę domu teściów. Tego samego dnia wieczorem przyjechałam odebrać synka – tak akurat byliśmy z eksmężem umówieni. Gdy młody mnie zobaczył, uśmiechnął się, ożywił i zaczął opowiadać swój cały dzień: a to, że kolega z ławki pożyczył od niego pieniądze na drugie śniadanie, a to, że Madzia, jego aktualna sympatia, dziwnie się dziś ubrała, a to, że na stołówce podali znów tę wstrętną surówkę z kapusty – słuchałam uważnie, a mąż coraz bardziej wybałuszał na nas oczy. Dla mnie to norma, że z moim 13-latkiem gadamy sobie wieczorami niemal o wszystkim. Dla mojego byłego to było jednak zaskoczenie:
– Kobieto, jak ty to w ogóle robisz?! – zapytał, gdy syn wyszedł do samochodu – spędziłem z nim dziś wiele godzin i nie opowiedział mi nawet jednej piątej tego, co ci w kilka minut, gdy ubierał się do wyjścia! Dlaczego się tak przed tobą otwiera? Co robię nie tak, że mój syn jest obok, a mimo to wydaje się być nieobecny i totalnie nie wiem, co u niego słychać? – zachodził w głowę. Uśmiechnęłam się tylko i poszłam do auta.

 

Dietetyczka opowiadała dalej:
– „Wiecie co, wydaje mi się, że fakt, iż mój dorastający syn jest ze mną blisko wcale nie wynika z ilości czasu, który mu w ostatnich latach poświęcałam. Bo przyznam się bez bicia: gdy był kilkulatkiem, w domu bywałam niemal gościem: wychodziłam rano na uczelnię, potem do firmy… przecież to przez ten wieczny brak czasu nie udało mi się w małżeństwie. Synem pod moją nieobecność opiekowała się babcia. Ale gdy już koło tej godziny 18 wchodziłam do mieszkania, to wtedy istniał tylko mój mały synek: wyłączałam komórkę, chowałam laptopa, wyłączałam telewizor. Nie istniałam dla nikogo: telefony, maile musiały poczekać do następnego dnia. Przez te trzy godziny byłam ze swoim chłopcem tak na sto procent. Razem robiliśmy kolację, walaliśmy się na podłodze, czytałam mu bajki, układaliśmy lego, rysowaliśmy, gadaliśmy o rzeczach ważnych i o totalnych bzdurach. Na ten czas całkiem przestawałam być dorosłym – włączałam w sobie dziecko, by być dla niego idealnym kompanem. Wpuszczałam syna do swojego świata, koncentrowałam na nim każdą myśl.
I teraz, gdy w głowie ciągle słyszę to pytanie męża „jak ty to robisz, że syn ci tak ufa, że znasz wszystkie jego sprawy”, myślę sobie, że nie liczyło się, jak długo byłam z dzieckiem (ileż to razy zadręczałam się wyrzutami sumienia, że tak dużo pracuję). Mąż przecież bywał w domu o wiele częściej, ale ich wspólny czas ograniczał się raczej do oglądania bajek w tv czy włączania małemu gier na telefonie. To moje postawienie na jakość wspólnego czasu miało ogromne znaczenie. Tamta świetna jakość bycia razem sprawiła, że teraz dorastający syn chętnie wpuszcza mnie do swojego świata”.

Zdjęcia: Pikolina