nieCodzienność

Kredyt czy wynajem? Oto jest pytanie!

„Kupujemy mieszkania, bo kojarzą nam się ze stabilizacją. Rzeczywistość jest niestabilna, więc oparcia poszukujemy w posiadaniu, które daje poczucie komfortu. Polacy to naród mało mobilny; wynajem kojarzy nam się z prowizorką, ze stanem przejściowym, a to nie leży w naszej naturze…”.

Ten tekst powstał przed laty – ale zaktualizowałam go, bo trochę się ostatnio u nas pozmieniało;)

W ostatnim czasie (gdy to piszę, jest rok 2014) też stanęliśmy przed popularną rozterką ludzi młodych. Mieszkanie jak na razie wynajmujemy, ale coraz częściej słyszymy: dlaczego macie komuś płacić do kieszeni? Bierzcie kredyt, upatrzcie sobie piękne lokum i żyjcie na swoim. Głos rozsądku – ON – mówi jednak co innego. Karlos w swojej zawodowej karierze był zarówno agentem nieruchomości, jak i specjalistą w dziale prawnym dużej firmy windykacyjnej, która za długi np. w bankach „dojeżdża” ludzi (taki ich zabawny slang). Jak mówi, wszystko to zna od podszewki i bycie zadłużonym na 30 lat, ale mieszkając na swoim, wcale nie jest takie kolorowe. Jak to niedowiarek, postanowiłam mimo wszystko zrobić rekonesans…

PLUSY kupna:

1) Będziemy mogli zostawić coś wartościowego w spadku dla naszych dzieci.
2) Kupione mieszkanie możemy urządzić w sposób, który najbardziej nam odpowiada.
3) We własnym lokum mamy możliwość spokojnie się zameldować, a także zapewnić dzieciom dostęp do publicznej szkoły. Wynajmujący zazwyczaj nie godzą się na zameldowanie.

MINUSY mieszkania na kredyt:
1) „Czy na pewno będziesz to mieszkanie MIAŁ? Jeśli przy oszczędnościach wynoszących 15 000 zł planujesz zakup mieszkania za 400 000 zł (które z uwzględnieniem wszystkich opłat kosztować Cię będzie istotnie więcej), to to co będziesz miał, to kredyt na 25 lub 30 lat kosztujący Cię łącznie 656 823 zł lub 716 850 zł (przy oprocentowaniu kredytu 4,35%). A dopiero jak go spłacisz, to będziesz miał mieszkanie.
2)  Jeśli sam je remontujesz i wyposażasz, to przy pierwszym mieszkaniu istnieje olbrzymia pokusa zrobienia tego mieszkania pod siebie (w swoim stylu, komfortowo i… często na bogato). Efekt: na wyposażenie można wydać więcej niż się powinno”. (Michał Szafrański z bloga Jak oszczędzać pieniądze? ujął to idealnie)
3) Szczególnie jeśli kupujesz dom, który stopniowo traci na wartości i trudniej jest go wynająć/sprzedać, przywiązujesz się do jednego miasta. Stajesz się mniej mobilny. A mobilność to dziś coś szalenie pożądanego.1150150_60254614

To jakie są PLUSY WYNAJMU?

1) Wybierasz mieszkanie w dowolnej dzielnicy, mieście lub kraju, zmieniasz je, np. wraz ze zmianą pracy.
2) Jeśli rodzina się powiększa, wynajmujesz kolejne lokum – większe i bardziej dostosowane do potrzeb każdego domownika.
3) Nie interesuje Cię, gdy kran cieknie lub trzeba wymienić liczniki – wszystko to leży w gestii właściciela. To on ma pokrywać koszty wszystkich remontów i napraw.

WADY mieszkania u kogoś:
1) Praktycznie w każdej chwili możesz usłyszeć od właściciela, że musisz się wyprowadzić… bo na Twoje miejsce wprowadza się np. jego dorosłe dziecko.
2) Kiedy masz głośną imprezę, lokatorzy mogą się poskarżyć właścicielowi -prawdopodobnie czekają Cię nieprzyjemności.
3) Jeśli masz dzieci – częste przeprowadzki mogą w nich zaburzyć poczucie stabilności i bezpieczeństwa.

Eksperci doradzają kupno w sytuacji, gdy jesteśmy nie tylko zdolni finansowo, ale też pewni tego, że chcemy zostać w danym mieście. Podczas gdy przed nami różne zawodowe perspektywy, bardziej jednak przekonuje mnie wynajem. Poczucie komfortu daje właśnie ta mobilność – dziś tu, jutro tam ;)10533405_10152813456759172_1230505165_o (1)

Update – marzec 2017: Wiecie co, temat wrócił ostatnio na tapetę: coś nas tknęło, by faktycznie pomyśleć o kredycie – kiedy siedzieliśmy w Sylwestra z kieliszkiem szampana w dłoni, zerkając do łóżeczka śpiącej Coco, pomyśleliśmy, że fajnie byłoby w tym roku zadbać o jakąś stałość w jej życiu. Nasze dziecko nawet meldunek ma u dziadków, nie wiemy, do jakiego przedszkola ją zapisać (taak, powinniśmy to zrobić od razu po wyjściu z porodówki). Ja sama na koncie mam chyba OSIEM przeprowadzek: studenckie stancje, wcześniej zmiana miasta, teraz inne mieszkanie „bardziej pod dziecko”. Szczerze, cholernie dosyć mam tej myśli, „że to miejsce też pewnie za jakiś czas zmienię na kolejne, a potem na kolejne i koleeejne”. Nie, wcale nie chodzi o strach przed zmianami, tylko wizję kolejnych kartonów, toreb, worków, graciarni aż pod sufit. Na samą myśl robi mi się słabo. Najpierw na tapecie był więc Białystok i, w zależności od zdolności kredytowej, jakieś większe mieszkanie lub domek z ogródkiem. Wiele dni w myślach urządzałam już nawet pokój naszej dziewczynki, jak też jej siostrzyczki (od wielu lat towarzyszy mi przeczucie, że na pewno będę miała dwie córki). Znalazłam nawet czteropokojowy domek w skandynawskim stylu – przyglądałam się jego zdjęciom godzinami i mówiłam Karlosowi, że musi być nasz. Bardzo miło byłoby zostać w Białymstoku, naprawdę – bo świeże powietrze, bo blisko do dziadków i wszystkich przyjaciół. A z drugiej strony to miasto coraz bardziej jawi nam się jako bezperspektywiczne. To znaczy, jakąś pracę pewnie będziemy tu mieli, ale nigdy nie da ona nam tylu pieniędzy, by spokojnie żyć na pewnym poziomie. Kupno nieruchomości, szczególnie domu, sprawi, że tu ugrzęźniemy, a jak już mówiłam, mobilność jest teraz szalenie istotna. Nie jesteśmy typem ludzi, którzy mogą pracować zdalnie z domu (choć nasze zawody nawet na to pozwalają) – cholernie potrzebujemy kontaktu z drugim człowiekiem. Tak dla zdrowia psychicznego. Dlatego musimy znaleźć dla siebie miasto z perspektywami, z ciekawymi miejscami do pracy. Chcemy się rozwijać, poznawać świetnych ludzi. Gdybym miała wolność wyboru, postawiłabym na kosmopolityczny Berlin czy choćby któreś z miast Holandii – moi znajomi świetnie sobie w tych miejscach poradzili, ale Karlos nie jest przekonamy, że jako „polski prawnik” mógłby się tam odnaleźć. Pojawił się więc nowy koncept: Warszawa. A gdyby tak postawić wszystko na jedną kartę i tam szukać swojego miejsca na ziemi? Centralna Polska ma też tę zaletę, że jest z niej „sprawiedliwie blisko” do gór, Podlasia czy Bałtyku:)

Opowiedzcie mi proszę  swoje „kredytowe” (i nie tylko) historie! Jak znaleźliście własne miejsce na ziemi?

 

 

fot. sxc.hu