Zakazane tematy

A co, gdyby to Twój świat miał się zaraz skończyć? O tym, jak cudem uniknęliśmy śmierci.

śmierci

To, że w życiu nic nie jest dane raz na zawsze pojęłam pewnej lipcowej nocy nad morzem. Spacerowaliśmy z K. wzdłuż drogi – z jednej nadmorskiej miejscowości do drugiej. Była 22:30, ostatni autobus do wynajętej kwatery zwiał nam, więc tych kilka kilometrów planowaliśmy spokojnie przejść pieszo. Nie udało się.  

To było jak sen nocy letniej: ciepła bryza z morza, które szumiało kilkadziesiąt metrów dalej, gwiaździste niebo, cisza, nasze rozmowy. Ideał. Gadaliśmy o jakichś problemach pierwszego świata. Piękni dwudziestoletni. Potem był huk.

Nie wiem, na jak długo straciliśmy przytomność. Pamiętam tylko biel, którą widziałam przed oczami, jakieś mgły i echa nawoływań z oddali – K. wracał z zaświatów jako pierwszy. Ocknęłam się, rzucona kilka metrów dalej od niego, na mchu w lesie. On wołał mnie, paranoicznie krzycząc, bał się, że ta cisza z mojej strony nic dobrego nie znaczy. Dopiero do nas docierało – kilka chwil wcześniej uderzył w nas samochód. Ułamki sekund odmieniły nasz los na długo. To jakiś niesamowity fart, że chwilę potem na rutynowej kontroli kilometr dalej zatrzymała go policja – kierowca dostawczaka był zalany w sztok. Totalnie nie kojarzył, że chwilę temu walnął w jakichś ludzi. Cud, że tylko bokiem samochodu. Z wypadku na wakacjach wróciliśmy pokiereszowani – na ciele i duszy. Pierwszy raz tak dokładnie wizualizowałam sobie śmierć i możliwość straty. Minęło osiem lat, strach i tak pozostał. Nie daję mu niszczyć swojego życia, ale mimo to czasem dochodzi do głosu.
Drugi raz to, że nic w życiu nie jest dane na zawsze, pojęłam kilka lat po wypadku, gdy Karlos zachorował. Sielankę naszego studenckiego życia przerwały diagnozy zaniepokojonych lekarzy. Wiecie, takie szemranie, że „to jednak może być coś poważnego, kładziemy pana do szpitala na wszystkie badania”. Najbardziej poza strachem o ukochanego uderzyło mnie jeszcze to, że nagle w mieszkaniu może stać się tak pusto, że beztroskie rozmowy milkną, że wspólne wieczory przy filmie kończą się. Że po Twojej miłości do drugiej osoby naraz zostaje cisza i łzy panicznego strachu. Tamta szpitalna historia trochę trwała, ale skończyła się dobrze, Karlos wykurował się. Ale myśl, że pewnego dnia mogę stracić swój cały świat, wszystko co kocham, prześladuje mnie do teraz. Staram się jak głupia świętować każdy nowy dzień. Dziękować za niego wieczorem. Stale być lepszą wersją siebie dla tej drugiej osoby. Bo przecież nic nie jest na zawsze.

śmierci
Po tamtych dwóch historiach przez osiem kolejnych lat nawiedzały mnie sny. O stracie, o odejściu bliskich osób. Nie dawałam się paranoi, ale jak głupia zaczęłam patrzeć na wszystko przez pryzmat „to takie ulotne”, „to tylko na chwilę”.
Kiedyś, przed tym wszystkim zawsze chciałam tylko więcej i więcej: więcej kasy, więcej poświęcanego mi czasu (vivat egocentryzm), więcej przyjemności. Wszystko skupiało się na mnie – bo tak chciałam. Nawet nie wiecie, jak wszystko się zmieniło. Po tamtych dwóch zdarzeniach stałam się chodzącą wdzięcznością. Dziękowałam – na głos lub w myślach, że jest nowy poranek, że jem śniadanie, że Karol cały i zdrowy wrócił z delegacji, że razem gdzieś pojedziemy na weekend. Urosła we mnie wiara, że wszystko jest na chwilę, a tę chwilę trzeba cenić, trzeba za nią dziękować. Nie, nie żyłam w chorej panice i destrukcyjnej wierze: „O Boże, zostańmy dziś lepiej w domu, inaczej na bank coś nam się stanie, na pewno cegła spadnie nam na głowę, gdy tylko wyjdziemy na ulicę”. To byłaby chora skrajność. Ja tylko dawałam dojść do głosu potężnej, radującej każdą komórkę ciała wdzięczności: za to, że ludzie, których kocham, po prostu dziś przy mnie są. Dziękowałam Karlosowi za jakieś błahostki, pierwsza wyciągałam rękę na zgodę, cieszyłam się, że mnie przytula. Podobnie mam dziś z córeczką: dziękuję jej na głos „że nas wybrała”, dziękuję, że się uśmiecha, że płacze, że ma gorszy lub lepszy dzień.

Koszmary nie znikną

A dziś we śnie znów byłam w szpitalu – z moją córeczką stało się coś bardzo złego. Anestezjolog mówił, że „może tej operacji na sercu już nie przeżyć”. Patrzyłam na to najukochańsze maleńkie ciałko, za które oddychał respirator i wyłam. Nieludzko wyłam. Że już mogę jej nie przytulić. Że może już nie spojrzymy sobie w oczy. Że może nigdy już nie będę mogła robić przy niej tych wszystkich prozaicznych czynności: przewijania, ubierania na spacer, wycierania śliniącej się buźki. Po prostu patrzyłam na to maleństwo, niemo leżące i kawałek po kawałku umierałam.

Jak dobrze, że to tylko kolejny koszmar. Wstałam, wzięłam ją na rączki i tuliłam, jakby świat miał się zaraz skończyć. Przytulajmy się mocniej. Nie żałujmy miłości.

fot. Buuba.pl/Pikolina