Taki Lajf!

Najpiękniejsza rzecz, jaką możesz zrobić, gdy ktoś obcy zaczepi Cię na ulicy

Na środku wielkiego boiska przy moim wieżowcu stoi ławeczka. Przechodnie, którzy skracają sobie tędy drogę między blokami, nieraz się w tym miejscu zatrzymują. 

Wczoraj usiadłam na niej, gdy zorientowałam się, że dziecko w prowadzonym przeze mnie wózku spokojnie usnęło. To był mój czas na książkę, na święty spokój, na myślenie o niebieskich migdałach. Ostatnia rzecz, jakiej wtedy potrzebowałam, to towarzystwo obcych ludzi i silenie się na rozmowy o niczym. Dlatego spięłam się, gdy starsza kobieta, która nadciągała w moją stronę z zakupami postanowiła się do nas przysiąść.

– Można? Muszę na chwilę przycupnąć, rozumie pani, starość nie radość! – pożaliła się na swój wiek.

A ja, robiąc jej miejsce obok siebie, przyjęłam pozycję zamkniętą: „No ładnie, ta baba na pewno zaraz zacznie mi zaglądać do wózka – nienawidzę tego! Pewnie też zacznie głośno gadać o jakichś bzdurach i obudzi mi dziecko – po prostu świetnie!”.

Kobieta faktycznie zaczęła zagadywać, ale ja, nie wiedzieć czemu, nagle zechciałam zrzucić ten zimny pancerz niedostępności i po prostu się na nią otworzyć. Uśmiechając się, patrzyłam jej w oczy. Zaczęła być bardziej swobodna. Podzieliła się ze mną nawet jakąś ciekawą anegdotką z prywatnego życia. Jeszcze chwilkę spędziłyśmy razem, po czym odeszła w swoją stronę. Ta w sumie nic nieznacząca scenka pozwoliła mi zrozumieć jedną rzecz.

Uświadomiłam sobie, jak wiele zależy od nas. Przecież to nie sztuka okazywać ciepło i zainteresowanie swoim najbliższym czy rodzinie. Sztuką jest przyjąć postawę przyjaciela, gdy spotykasz kogoś po raz pierwszy. Nie traktować obcych, którzy miło zagadują, jak oponentów, których towarzystwo jest nam przykre. Dlatego tak zaimponował mi ten pan z galerii handlowej, o którym Wam za chwilę opowiem…

Był luty. Pogoda taka, że żyć się odechciewało, chroniczny brak słońca wyzwalał w ludziach przewlekłą niecierpliwość i zło. Aż dziw, jak udało mi się spokojnie, bez większych dołków emocjonalnych przetrwać tę polską zimę z niemowlęciem w domu. Wydarzeniem dnia był u nas zawsze jakiś spacer: do spożywczaka, na pocztę lub pobliskiej galerii. W tej ostatniej można przynajmniej swobodnie poruszać się z wózkiem, wypić z dzieckiem kawę czy zrobić zakupy. Ale oto miałyśmy już wracać.
Ustawiłam się z wózkiem przy wyjściu, czekając, aż ogromne drzwi obrotowe „połkną nas” i wypuszczą po drugiej stronie, do mroźnego, skutego lodem miasta. I nagle, tuż za swoimi plecami usłyszałam ICH. Najcieplejszy z męskich głosów świata i jakaś, sądząc po tonie, zakłopotana, starsza kobieta. Z troski w głosie mężczyzny wnioskowałam, że pewnie łączy ich relacja matka i syn.
– Jest zimno, mam tutaj herbatę dla Ciebie, wziąłem na wynos – mówił.
– Poradzę sobie, po co w ogóle się fatygowałeś z tą herbatą?
– Chociaż ciepło cię dziś ubrali? – pytał troskliwy męski głos.
– Tak, dam już radę, naprawdę, dzięki.
– Dziś jest bardzo zimno, nie miałbym serca, gdybyś znów tak po prostu wyszła, weź chociaż tę herbatę. Pewnie i tak zobaczymy się jutro, co? – pytał, a ja czułam, że się do niej uśmiecha.
– No dobrze, przyjdę – mówiła ona, z tym dziwnym, jakby pogubionym głosem.
Tyle w ich głosach było ciepła wbrew tej szarej zimowej aurze. Tyle zainteresowania. Obróciłam się, bo wzruszyło mnie, że dorosły syn tak cudownie może odnosić się do matki. Ciepło, serdeczność, troska. Nawet w mojej własnej rodzinie czasem trudno o takie relacje. Zerknęłam ciekawsko za siebie i zaniemówiłam. To nie była mama i syn. Nawet nie jakaś zakochana para. Za mną szedł wielki ochroniarz galerii i drobna, ubrana w podłe łachmany bezdomna kobieta, która tego dnia ogrzewała się w alejkach między sklepami. Jego zadaniem było wyprowadzić ją, pozbyć się, by nie straszyła klientów. Zrobił to w najpiękniejszy z możliwych sposobów. Okazując jej serce.

Zdjęcia: Buuba.pl