nieCodzienność

Podróż z niemowlęciem. Jak przeżyć 13 godzin w trasie [FOTORELACJA].

– This is madness… – szepnęłam do Karlosa, gdy w ciemnościach, tuż po północy stanęliśmy na ponurym peronie podwarszawskiego dworca PKP. Z dziecięcym wózkiem, torbami, walizką i półrocznym, rozespanym dzieckiem w foteliku, oczekując na pociąg do Kołobrzegu. Najgorsze i najlepsze było dopiero przed nami…
Plan na wypad nad morze pojawił się kilka tygodni temu, mieliśmy ruszyć tuż po egzaminach radcowskich Karlosa – każde z nas potrzebowało oderwania. A wiadomo, najlepiej resetuje się umysł i naprawia relacje rodzinne POZA domem. Do ostatniej chwili wahaliśmy się, czy dziecku lepiej będzie się podróżowało samochodem, czy pociągiem. Za tym pierwszym przemawiało to, że mogliśmy nabrać, ile tylko chcemy bagaży i różnych gadżetów. Za pociągiem optowałam ja: bo wygodniej, bo oseska przytulisz, przewiniesz, ogarniesz – jak chcesz i kiedy chcesz. Samochód to jednak zmora długiego przebywania w jednej pozycji: nawet najlepszej klasy fotelik nie daje jakiejś niesamowitej wygody. Plan ustawiliśmy więc tak: najpierw pojedziemy do Warszawy, do rodziny Karlosa: przenocujemy i tym samym zmniejszymy dystans do Ustronia Morskiego: podróż ze stolicy skróci się o trzy godziny.
Tak, tak… Niech żyje naiwność niedoświadczonych rodziców. Już sama trasa Białystok-Warszawa z dzieckiem w aucie okazała się bowiem koszmarem. Na przemian malutka kręciła się, jakby komunikując: „ten fotelik jest do bani, wyjmijcie mnie szybko!”, to krzyczała i zalewała łzami, patrząc na mnie błagalnie: „Przytul mnie. W TEJ CHWILI!”. A mózg matki, wiadomka, zniesie głos płaczu wszystkich dzieci świata: tylko nie tego jednego: WŁASNEGO. Zwariować można. Co chwila więc, znerwicowana, prosiłam Karlosa: stań tu! Zatrzymaj się na tym poboczu, ooo, na tym zjeździe! I tak kilka razy: byle na chwilkę ją przytulić, wypiąć z fotelika, ukoić. Najgorzej było na tych fragmentach trasy, gdzie nie było opcji zatrzymania się: bo trwały akurat roboty drogowe, bo środek miasta, bo korek… Patrzysz tylko na płaczące dziecko i jesteś bezradna. Mamy najspokojniejsze niemowlę świata: a skoro ten zazwyczaj wesoły osesek tak płacze w trasie, to znak, że coś robimy źle.

imperiall sianożęty

Już Warszawie, po traumie (!) tej podróży zgłupieliśmy: „a może już darujmy sobie to morze?”. Rodzinka, wyczuwając to wahanie, też zaczęła nas namawiać: „zostańcie u nas, w Warszawie też można zrobić sobie SPA, zaliczyć basen, pójść na pyszne jedzenie. Wymyślimy wam ciekawe atrakcje!”. Brzmiało kusząco, bo raz, że u nich faktycznie zawsze jest świetna zabawa, a dwa, szczerze powiem, bałam się jazdy z dzieckiem tak daleko. Wymagała ona wyjścia poza naszą strefę komfortu. Postanowiliśmy przespać te wątpliwości i podjąć decyzję nazajutrz rano. Ale oto nastał dzień i znów wahaliśmy się: samochód czy PKP, a może jednak żadnych dalszych wycieczek? Czuliśmy jednak ciężar decyzji: Pikolina już kupiła bilety dla siebie, na miejscu byliśmy też z kimś umówieni. Delikatnie nas to wiązało, choć z drugiej strony: byłam zdesperowana tą wizją męczenia dziecka i byłabym w stanie przedstawić każdą wymówkę, byle tylko maleństwu dogodzić.
– Karlos, a może jednak darujmy sobie. Tu też jest fajnie – nie przeżyję znów tego pisku dziecka w samochodzie. To rozrywa mi mózg na kawałki. Poza tym ona i tak nie będzie tego morza pamiętała. Przecież to tylko z naszych egoistycznych potrzeb ją tam ciągniemy. Serio, nie musimy sobie już teraz udowadniać, że tacy z nas dzielni podróżnicy – zagadałam.
– I co, po prostu zawrócimy do Białegostoku?
– No, chyba tak.
– I potem przez wiele tygodni będziemy sobie mówić: mogliśmy zobaczyć to morze, ale stchórzyliśmy? Przygoda jednak nas przerosła? – pytał.
– Ech. Dobra, to ty podejmij tę decyzję, ja nie jestem w stanie – marudziłam.

imperiall sianożęty
Podjął. Kupiliśmy bilety na nocne PKP – skoro dziecko przesypia całe noce, odbędzie tę podróż bezstresowo, w gondoli, a na jej komforcie szczególnie nam zależy. Pech chciał, że nie było już przedziałów dla matki z dzieckiem… Karlos kupił nam jakieś randomowe miejscówki w zwykłych wagonach z przedziałami.
Zanim wyruszyliśmy, przespaliśmy się u rodzinki tych kilka godzin, by tuż po północy wyjechać na dworzec i wsiąść do nocnego pociągu relacji Kraków-Kołobrzeg. Dziecko, jakby wyczuwając jakieś wielkie wydarzenie, obudziło się razem z nami i spokojnie dało się przygotować do drogi. Z wózkiem (oddzielnie gondolą i stelażem), walizą, plecakiem, dzieckiem w foteliku i torbą stanęliśmy pośród nocy na dworcu w Legionowie. Dzieciątko, z szeroko otwartymi oczyma patrzyło na nas zdziwione: o co tu chodzi?
Jeszcze nie wiedzieliśmy, że najgorsze dopiero przed nami!
Oto wsiadamy do pociągu przed pierwszą w nocy: w nerwowym pospiechu, bo jego postój trwa tu zaledwie minutę. Pchamy się do środka w poszukiwaniu naszych miejsc: zamykane przedziały miały numerki. Pociąg jedzie z Krakowa: jest niemal pełny. Ciasno, że nie ma gdzie szpilki wetknąć, a tu wchodzimy my: cali obładowani i z półrocznym dzieckiem pod pachą. Ale nic to: Karlos pomaga się nam usadowić, potem zajmuje miejsce w przedziale obok, gdzie było trochę luźniej. Właśnie dociera do mnie zgroza tej szalonej sytuacji: noc, moje niemowlę leży w gondoli postawionej na siedzeniach pomiędzy obcymi, głośno chrapiącymi ludźmi. Ja, ściśnięta między grubymi facetami, którzy na przemian to chrapią, to wybudzają się z mlaskającym przekąsem… Jakaś „życzliwa” 60-latka zerka na nas i „pocieszająco” rzuca w eter: „O Boże, ale biedne dziecko”. W dodatku pięciu chłopa obok mnie, a ja muszę karmić dziecko. Jak dobrze, że wszyscy wokół spali – bo to już serio byłoby krępujące. Łysy facet obok mnie oparł łokieć na książce z tytułem „Śmierć frajerom”, konduktorka świeci nam latarką po oczach i budzi do okazania biletów. Karlos niemal całą noc jedzie na stojąco w korytarzu: czuwa nad nami i zerka do przedziału obok, na bagaże. Nawet w najśmielszych wyobrażeniach nie myśleliśmy, że ta podróż będzie tak szalona😊 Fakt – my nie zmrużyliśmy oka, ale Malutka… przespała beztrosko całą noc! Mieliśmy farta, bo gdy dotarliśmy o 9 do hotelu, ona znów była zmęczona i usnęliśmy wszyscy na kilka ładnych godzin.

Poniżej fotka dokumentująca ulgę (przez wieelkie U) w oczach rodziców, którzy po całej nocy bezpiecznie dowieźli oseska na wypoczynek nad morzem.

imperiall sianożęty

Po tej trudnej podróży nieprzytomna poszłam na swój pierwszy masaż od… 3 lat? Gash, pakiety na masowanie pleców powinno się dawać matkom w prezentach odwiedkowych!

imperiall sianożęty
Jeszcze teraz, gdy już jesteśmy w domu, a ja piję spokojnie kawę w fotelu, na myśl o tamtej nocnej podróży ogarnia mnie zgroza: co my sobie wtedy myśleliśmy, ciągnąc półroczne niemowlę na drugi koniec Polski? Nie wiem. Jedno jest pewne: zrobiłabym to jeszcze raz. Po pierwsze: bo to wyjście z własnej strefy komfortu, po drugie: mamy dziś szalone wspomnienia, których nikt nam nie odbierze, po trzecie: naprawiliśmy z K. relacje. Potrzebowaliśmy tych wspólnych trudności, tego szaleństwa, przejechanych w dziwnych warunkach kilometrów, by znów przypomnieć sobie o naszej więzi. Zażegnać na długo te ciche dni. Podróż powrotna trwała 13 godzin, ale tym razem mieliśmy już przedział tylko dla siebie i dziecko było równie spokojne i beztroskie, jak tamtej szalonej nocy. Chyba już zawsze w takie trasy będziemy wybierali PKP – komfort dziecka jest nieporównywalny. Pociąg wygrywa z najbardziej nawet markową łupinką fotelika samochodowego.

Po czwarte: sprawcą tej szalonej i pięknej przygody był Imperiall Resort Spa w Sianożętach obok Ustronia Morskiego, który zaprosił nas na weekend. To piękne miejsce wprost stworzone do odpoczynku, bliskiego kontaktu nie tylko z morzem (które jest zaledwie 50 metrów od obiektu) i przyrodą, ale i najważniejszym – z rodziną. Słychać tu gwar małych dzieci, zrelaksowanych rodziców spotkać można w strefie SPA, widać nawet hotelowe zwierzaki, które wprowadzają sielski klimat: pięknego biszkopta i dwa, ganiane beztrosko przez dzieci koty. Kocham te kolorowe hotelowe śniadania, wielkie i mięciutkie łóżka, w których można leniuchować do południa, i oczywiście SPA – bo zaproszenie dotyczyło także relaksujących zabiegów dla mnie i Kasi. Całe niemal piętro resortu to gabinety do różnych zabiegów relaksujących, odchudzających bądź leczniczych. Pracownicy resortu mówią, że strefa SPA to tak naprawdę serce tego miejsca.


Weekendowe atrakcje objęły więc i masaże: ciała (te powinno się wypisywać młodym matkom na receptę) i twarzy, zabiegi kriolipolizy, seans na rowerku wodnym czy bieżnię na podczerwień. Hitem była komora hiperbaryczna, w której spędziłam 1,5 godziny: (to zabieg, w którym dostarcza się do organizmu duże ilości tlenu w warunkach zwiększonego ciśnienia). O wszystkich atrakcjach możecie poczytać w linku tutaj: (KLIK, KLIK!). Tatuś zabierał naszego oseska na spacer po plaży, a ja pierwszy raz od lat relaksowałam się w SPA – przyznajcie, scenariusz ideał;)
Fakt, może i przeżyliśmy sporo stresów, może i wróciliśmy diablo zmęczeni drogą – 13 godzin trasy z niemowlęciem to nie lada wyczyn, ale przywieźliśmy szalone wspomnienia (śmiejemy się, że jechało się tak, jak za dawnych lat w „wagonie bydlęcym” na Woodstock), rozpaliliśmy w sobie dawne uczucie. Uczucie rodziców, którzy w codziennym zaganianiu i bałaganie wiecznie tych samych kątów mieszkania zapominają o łagodności i uśmiechu do ukochanej osoby. Takim, jak dawniej, gdy mieliśmy tylko siebie.

Zdjęcia: Pikolina

imperiall sianożęty imperiall sianożęty imperiall sianożęty imperiall sianożęty imperiall sianożęty imperiall sianożęty imperiall sianożęty imperiall sianożęty imperiall sianożęty imperiall sianożęty imperiall sianożęty imperiall sianożęty imperiall sianożęty imperiall sianożęty imperiall sianożęty imperiall sianożęty imperiall sianożęty imperiall sianożęty imperiall sianożęty imperiall sianożęty imperiall sianożęty

imperiall sianożęty imperiall sianożęty