Mama Żudit

PO CO KOMU WOLNA NIEDZIELA? Mama Żudit o strajkach w supermarketach

Kilka słów wstępu. Witam wszystkich po bardzo długiej nieobecności! Przez swój wypadek z ręką i poważne powikłania nie byłam w stanie pisać, nie mówiąc już o wielu innych rzeczach, których nie mogłam robić. Przez kilka miesięcy miałam przymusowy, bolesny odpoczynek.

Dla osoby zawsze aktywnej i niezależnej odebranie prawej ,,złotej rączki” było dotkliwe. A w szczególności fakt, że nawet mojej kochanej wnusi nie byłam w stanie wziąć na ręce. Tyle lat na nią czekałam, a potem miesiącami nie mogłam jej przytulić! Na szczęście już teraz jest z górki i najgorsze mam za sobą, chociaż do pełnej sprawności jeszcze trochę brakuje. Mam nadzieję, że uda mi się w końcu napisać teksty dotyczące kilku niezrealizowanych pomysłów.

Być może w moim tekście będę stronnicza, ale nie wstydzę się tego – bo stoję po stronie niedocenianych i często nieszanowanych pracowników handlu. JESTEM JEDNĄ Z WAS i choćby tym moim pisaniem udowadniam, że w marketach pracują nie tylko same ,,ciemne kretynki”, jak już kiedyś wspominałam.
Wracając do tematu. Jedna ze stacji telewizyjnych poprosiła mnie ostatnio o wypowiedź na temat włoskich strajków [Żudit: „strajk włoski to forma strajku aktywnego polegająca na wykonywaniu przez pracowników obowiązków służbowych w sposób skrajnie drobiazgowy, co powoduje blokadę działania zakładu w sposób zbliżony do strajku pasywnego] w wielu polskich dyskontach i mającej wejść ustawie o zakazie handlu w niedzielę. Do publicznych występów w telewizji raczej nie jestem gotowa, zwłaszcza, że były one „na cito”, ale swoje zdanie w tym temacie oczywiście mam. Wahałam się, czy mogę o tym pisać, bo dziś, z uwagi na stan zdrowia, nie mam pewności, czy w ogóle wrócę do pracy. Zwolnienie mi się kończy, a ręka jeszcze nie jest w pełni sprawna. W tym czasie były u nas duże podwyżki, których nie dostałam, bo na zwolnieniu nie obowiązują. Nie mówiąc o obciętej do 80% pensji. Jednakże fakt, że pół życia przepracowałam w handlu i znam ten fach od podszewki, daje mi prawo być przedstawicielką setek tysięcy pracowników wielkich sieci handlowych, głównie supermarketów. Nie oszukujmy się, praca w wielkim kołchozie spożywczo-przemysłowym to nie to samo, co robota w małym sklepie, chociaż nogi i ręce też bolą. Chciałam do tego tematu podejść z zupełnie innej strony niż pokazują to w mediach. Z tego, co zauważyłam, temat wzbudza wiele kontrowersyjnych opinii. Najbardziej burzą się oczywiście ludzie, którzy nigdy w handlu nie pracowali i nie wiedzą, jak to jest mieć zajęte prawie wszystkie niedziele i jaka jest specyfika tej pracy. Innymi wzburzonymi są powiedzmy osoby z innych grup zawodowych, którzy też często pracują w niedzielę. Wszystkie argumenty przeciw, o jakich przeczytałam, są dla mnie w dużej mierze kompletnie niezasadne, bo często wypowiadają je ludzie, którzy nie mają zielonego pojęcia, jak to jest pracować w wielkim handlowym kołchozie. Przytoczę jednak kilka z tych argumentów i udowodnię, że są bzdurą.[sociallocker]
1) Głównym z nich jest: MNIEJSZY ZYSK sklepów. Dla mnie to totalne mydlenie oczu. Jeżeli właściciele sieci sklepów (którymi są często Niemcy, Portugalczycy albo inni obcokrajowcy) zatrudniają pracowników na umowę o pracę (choć różnie z tym bywa), to pracownik i tak musi mieć 2 dni wolnego w tygodniu. Tak jest w moim (niemieckim) markecie. Oczywiście dni wolne są pracownikowi oddawane według uznania, ale często zdarzają się pracujące weekendy. Z doświadczenia wiem, że najwięcej klientów na zakupy przychodzi popołudniami (po pracy), w piątki i oczywiście w sobotę – wtedy to są u nas tłumy. Sklepy mają wówczas duże zyski, bo i zakupy konkretne – są pełne wózki. Natomiast niedziela to już jest niepotrzebne marnowanie wolnego czasu pracowników. Po markecie szwendają się tłumy, ale nie z konkretnej potrzeby, żeby coś ważnego kupić, tylko z nudów – bo nie wiedzą, co ze sobą zrobić. A może coś się ciekawego do kupienia trafi. Kupują drobne, przypadkowe rzeczy, żeby nie wychodzić z pustymi rękami. Załatwiamy wtedy setki klientów płacących za jakieś nieistotne pierdółki, bez których mogą się obejść. Płacą małe kwoty, i chociaż kolejki do kas faktycznie stoją, nie ma co liczyć na duże zyski w niedzielę. Mam wrażenie, że markety są największymi świątyniami jednoczącymi wszystkie wyznania – ludzi niewierzących też. To cud zjednoczenia, jaki nie udał się żadnemu papieżowi ani politykowi. Aż się prosi o postawienie w marketach ołtarzy, bo wystrojonych wiernych już mamy. SORRY za tę ironię, ale tak to wygląda z naszego pracowniczego punktu widzenia.

zakaz handlu w niedzielę
2) Następnym argumentem przeciw zakazowi handlu w niedzielę jest opinia, że; ,,LUDZIE W TYGODNIU SĄ ZAPRACOWANI I NIE MAJĄ CZASU NA ZAKUPY”. To już są totalne bajki. Bo powiedzcie mi, kto pracuje po 16 godzin dziennie? Sklepy w zwykłe dni czynne są przeważnie od 6:00 albo 7:00 do godziny 22:00, albo i dłużej. Dlatego każdy, kto tylko zechce, znajdzie sobie w ciągu dnia odpowiednią porę na zakupy. Więc to nie jest żaden argument.
3) Dla wielu kobiet „PRACA W WEEKENDY JEST JEDYNĄ OKAZJĄ, ŻEBY SOBIE DOROBIĆ”, bo w tygodniu nie zawsze mogą. (Chodzi o to, że niektórzy prywaciarze zatrudniają kobiety w weekendy i na czas urlopów na zastępstwa. Im taka sytuacja pasuje, bo mąż pilnuje dzieci, a one mogą dorobić). Te panie są zadowolone i nie można im tego zabraniać. Jednakże to dotyczy mniejszych, prywatnych sklepów, które według mnie powinny być czynne, kiedy chcą tego właściciele, bo od tego zależy ich BYĆ ALBO NIE BYĆ.
4) „POLSKIEJ GOSPODARKI NIE STAĆ NA TO, ŻEBY ROBIĆ KOLEJNE WOLNE DNI”. Politykiem nie jestem, bo jeszcze mam równo pod kopułą, ale mam swój rozum i nie dam sobie wciskać kitu. Prosty przykład: wiele zamożnych krajów Europy Zachodniej ma całkowity albo częściowy zakaz handlu w niedziele i wcale nie notują przez to strat. Tam, gdzie to obowiązuje (choćby w Holandii) ludzie są przyzwyczajeni, że na wszystko jest odpowiednia pora. Jest porządek, do którego Polacy nie są przyzwyczajeni, czyli czas na efektywną pracę (ale też konkretne, nie dziadowskie zarobki), oraz ważny czas dla rodziny. Wszystkie dzieciaki – małe i duże w niedzielę mają wolne, bo szkoły i przedszkola nie pracują, a dla zapracowanych rodziców to jedyna okazja, by spędzić czas z rodziną. Pobyć razem, odpocząć, zjeść wspólny obiad, albo pójść gdzieś z dziećmi. Jedni idą do kościoła, inni robią, co chcą – to jest ich sprawa. Ważne, że z rodziną, albo znajomymi – jak kto woli. Uwierzcie mi, coś takiego DLA WIELU POLSKICH KOBIET TO nadal LUKSUS, NA KTÓRY NIE MOGĄ SOBIE POZWOLIĆ. Ja przez wiele lat wspólny czas z rodziną miałam od wielkiego dzwonu, czyli w Boże Narodzenie i Wielkanoc. Ciągle się mijaliśmy i dokładnie to samo przeżywają tysiące innych polskich kobiet. Jednakże z obserwacji widzę, że wiele osób totalnie nie wie, co zrobić z wolnym czasem i gdzie zabrać dzieci. Maluchom wciska się gadżety elektroniczne dla świętego spokoju i ciąga po marketach czy galeriach handlowych. Widziałam 2-3 latki, które jeszcze dobrze nie mówią, a już paluszkiem śmigają sobie po tablecie i klikają to tu, to tam. Przenoszą się w inny świat. Rodzice nie pokazują im, że razem można fajnie spędzić czas w najróżniejszy sposób, bo sami tego często nie potrafią. Pół wieku przeżyłam, wiele widziałam, a wciąż ze zdziwieniem patrzę na ludzi wałęsających się z nudów  po sklepie, jakby nie mieli żadnych zainteresowań. Nawet jak ktoś jest przecież tak zmęczony, że nic mu się nie chce, to może poleżeć do góry wentylem i pooglądać telewizję, albo poczytać. Wychodzi na to, że najcenniejszy prezent w dzisiejszych czasach, jaki możemy dać swoim dzieciom i bliskim to CZAS I ROZMOWA. Nie rzeczy materialne. Często najbogatszych na to (czyli ten wspólny czas) nie stać. Przecież tak się budują relacje międzyludzkie, te właściwe…

zakaz handlu w niedzielę

Wiele lat później, na starość, kiedy dopiero przychodzi refleksja nad swoim życiem i tym, co osiągnęliśmy, użalamy się nad swoją samotnością i tym, że zbyt mało czasu poświęcaliśmy na rzeczy ważne oraz tym, których kochaliśmy. Zbyt rzadko im te uczucia okazywaliśmy.

5) Ostatnim nie wymienionym przeze mnie argumentem przeciw wolnym niedzielom jest fakt, że mamy przecież mnóstwo innych ludzi pracujących w niedzielę. I chociaż nie pracują w handlu, a np. w służbach ratunkowych typu pogotowie, policja, straż pożarna (w trzyzmianowym systemie pracy) – ONI WSZYSCY TEŻ PRZECIEŻ CHCIELIBY MIEĆ WOLNE NIEDZIELE. Doskonale ich rozumiem, ale również nie na darmo mówi się o nich SŁUŻBY ratunkowe. To od nich często zależy nasze życie w nagłych, nieszczęśliwych wypadkach czy chorobach. Oni są takimi naszymi aniołami stróżami tu na ziemi (nawet jeżeli to są policjanci zatrzymujący kierowców na dwóch gazach) i powinni mieć za to odpowiednie wynagrodzenie.
Natomiast wszelkiego typu restauracje pracujące w niedziele – też często właśnie w weekendy zarabiają dużo więcej niż w tygodniu, bo oczywiście klientów jest wtedy więcej. Ale zaznaczmy, że my, pracownicy sklepów, mamy jednakową stawkę w niedzielę i zwykłe dni. Jak to mówią, dla nas to wsio ryba.
Od tego (tych pracujących niedziel) nie zależą nasze zarobki. Nie mamy też DODATKU ŚWIĄTECZNEGO, jaki ma chociażby mój mąż w swoim zakładzie pracy. Nie mamy również czegoś takiego jak procent w zysku. Jesteśmy bardzo tanią siłą roboczą dla wszystkich obcych inwestorów. POLSCY BIALI MURZYNI.

Do tego w trakcie zmiany w sklepie personel jest okrojony do minimum i każdy pracownik wykonuje obowiązki kilku osób. Natomiast pensja jest tylko jedna, i to na niskim poziomie. Nic dziwnego, że pracownicy są przemęczeni i mają często zrujnowane kręgosłupy (od dźwigania), nie mówiąc o wiecznie bolących nogach.
Nie wiem, czy udało mi się przekonać wszystkich, że w niedzielę powinien być wprowadzony zakaz handlu. Najważniejsze, że PRÓBOWAŁAM; a tym, co mają odmienne zdanie, proponuję zatrudnić się choćby na parę miesięcy w jakimś markecie. To potem by się okazało, co naprawdę o tym myślą. Czy chcieliby przedłużyć umowę, czy może uciekaliby, gdzie pieprz rośnie? Przynajmniej nabraliby trochę pokory i szacunku do tej pracy. Gadki typu: „Zawsze można zmienić pracę” wkurzają mnie na maksa, bo niestety – NIE ZAWSZE! Młode dziewczyny owszem, mogą i często to robią, bo pracodawcy nawet wolą zatrudniać taką niedoświadczoną młodzież (co dla mnie jest niezrozumiałe), a kobiety takie jak ja, czyli koło 40 czy 50 nie mają szans. Chociaż to one mają duże doświadczenie zawodowe, są dyspozycyjne (dorosłe dzieci) więc częste zwolnienia lekarskie im nie grożą. I, co najważniejsze, to solidne pracownice, bo IM BARDZIEJ ZALEŻY. Nawet jak jest ciężko, zagryzają zęby i robią swoje. Mając lat 40 czy 50, nie wszystkie kobiety mogą pracować tam, gdzie by chciały, tylko niestety tam, gdzie je przyjmą. Nie mogą zbytnio kręcić nosem. Przejrzyjcie tylko ogłoszenia o pracę: WSZĘDZIE SĄ OGRANICZENIA WIEKOWE, a nie każdego stać na założenie własnej firmy. Zdesperowane kobiety, którym daleko jeszcze do emerytury, a są często „za stare” na lepszą i lżejszą pracę, zniosą wiele i pracują w marketach za małe pieniądze. Tylko pamiętajmy: to NIE CYBORGI I NIE MOGĄ BYĆ NADMIERNIE EKSPLOATOWANE – AŻ PADNĄ.[/sociallocker]