Mama Żudit

NIGDY NIE WCHODŹ SAM DO WIELKIEJ MYJNI!!!

Nauka pływania dla małych dzieci

Mama Żudit: Wraz z początkiem lata spłynął do mnie temat będący jak najbardziej na czasie. Na dworze coraz cieplej. Wakacje i sezon urlopowy blisko, więc nic dziwnego, że wszyscy ciągną nad wodę. Rozbierają swoje blade ciała, wystawiają brzuchy ku słońcu, a potem chlup do wody. 

BO TRZEBA SIĘ JAKOŚ OCHŁODZIĆ.

Pamiętam takie nudne letnie popołudnie jakieś 15-16 lat temu. Mieszkaliśmy jeszcze na wsi, a mój najmłodszy syn Mateusz miał około czterech lat. Był na etapie poznawania świata i ze swoim ciotecznym braciszkiem uwielbiał łazić wszędzie tam, gdzie mama nie pozwalała. Mieliśmy bardzo upalne lato, a u dziadka (mojego taty) za domem, na wielkiej łące były dwa duże stawy. Niebezpieczne nie tylko dla dzieci, ale i dorosłych, bo miały strome brzegi, po których można było się zsunąć, a pod warstwą wody było sporo mułu, który dosłownie wciągał. Upał sprawił, że wody tego lata było mało, ale ten niebezpieczny muł pozostał. To oczywiście było dla maluchów zakazane miejsce, ale nie sposób dopilnować wszystkich, jak się ma czworo dzieci i kupę roboty w domu. Miałam właśnie szykować obiad i niosłam w koszyku jakieś warzywa, a tu nagle jeden ze starszych synów mojej bratowej krzyczy:
– Mamo, chodź szybko, Piotrek się topi!
A ona:
– Boże, ja nie umiem pływać!
We mnie jakby piorun strzelił. Krzyknęłam:
– Ale ja umiem!
Rzuciłam, co miałam w rękach i galopem przez łąkę nad staw. Mały Mateuszek w krótkich spodenkach stał nad stromym brzegiem po szyję w pokrzywie i z przerażeniem darł się w wniebogłosy, a młodszy Piotruś zsunął się do wody. Na szczęście w tym miejscu było jej mało, ale mułu pod spodem wcale nie. Musiał już wcześniej się zanurzyć, bo cała głowa była w rzęsie wodnej, a teraz stał po pas w błocie i też wrzeszczał. Jak dopadłam do brzegu to już nie patrzyłam na pokrzywy, tylko skoczyłam jakieś 1,5 metra w dół do stawu. Ledwie wyciągnęłam malucha z błotnistej mazi, która sięgała mu już po pachy i podniosłam wysoko na brzeg, żeby komuś podać. Oczywiście reszta rodziny biegła za mną i stali na brzegu. Bratowa zabrała przerażone dziecko, ale zamiast go uspokoić i iść umyć, to jeszcze w tyłek natrzepała, że ,,łazi tam gdzie nie wolno”. Ledwie się wygramoliłam z tego błota na brzeg, na górze okazało się, że w mule zostały moje buty. Pal licho buty, nie będę ich szukać. To wszystko działo się pod wpływem impulsu i dopiero teraz dotarło do mnie, że moje dziecko mogło się utopić. Wystraszyłam się nie na żarty i łzy zalały mi oczy. Złapałam Mateusza na ręce i na bosaka przez te pokrzywy biegłam do domu. Kompletnie nie czułam bólu ani pieczenia, adrenalina zrobiła swoje.

nauka pływania dla małych dzieci
– Boże, dziecko, nie strasz mnie tak! Przecież ty mogłeś się utopić, a ja bym umarła, jakby tobie się coś stało – mówiłam do syna. Mateuszek przestał płakać:
– Ale mamo, przecież ty mówiłaś, żeby nie wchodzić do wielkiej myjni, tylko że Piotrek był za blisko i go wciągnęło.
– Dziecko, nigdy więcej nie chodźcie sami nad staw, NIE MOŻNA – prosiłam.
Niestety chwila mojej nieuwagi mogła się skończyć tragicznie. Wtedy przypomniało mi się poprzednie, lato, kiedy po raz pierwszy zabrałam małego na basen. Tam, gdzie mieszkaliśmy był duży odkryty basen i w upalne dni cała okolica się nad tę wodę zjeżdżała. Moje starsze dzieci już umiały pływać, dlatego często tam bywały. Mały Mateuszek (miał jakoś ze trzy latka) jak z bliska zobaczył taką wielką, niebieską wodę, to z podziwem mówił:
-MAAMOO, ALE WIELKA MYJNIA!!!

Od najwcześniejszych lat uczyłam dzieci pływać, ale też do znudzenia powtarzałam, że nie mogą sami wchodzić do wody, jeśli nie ma nikogo dorosłego w pobliżu.

NIGDY NIE WCHODŹ SAM DO WIELKIEJ MYJNI!!! – jakby to powiedziało moje dziecko.

Tylko że dzieci, jak to dzieci, są ciekawe świata i uwielbiają wchodzić tam, gdzie im nie wolno i nie są w stanie sami przewidzieć zagrożenia. Dlatego apeluję do wszystkich młodych rodziców: UCZCIE SWOJE DZIECI PŁYWAĆ. Jak tylko najwcześniej możecie, bo już z niemowlakiem można chodzić na basen. Dziecko się super oswaja z wodą, a im starsze, tym potem bardziej się boi. Młode mamy często mają opory (moja córka też), że to jeszcze za wcześnie, albo że „coś złapie” na basenie. Dlatego to zadanie oswajania z wodą raczej przekazałabym tatusiom, bo mamy za bardzo panikują. Sama lubię pływać, chociaż po wypadku dawno tego nie robiłam. Na basenie wielokrotnie jednak widziałam, co takie maluchy wyprawiają  w wodzie. Niektóre szybciej uczą się pływać niż chodzić! Raz trafiłam chyba na taki nawet dla mnie ekstremalny przypadek taty z 2,5-rocznym synkiem. Bawili się w wodzie. Mały miał nadmuchane rękawki na rączkach, a ojciec wrzucał go do wody jak piłkę. Dziecko się zanurzało i wyskakiwało w górę z tymi rękawkami. Prychało wodą i zachwycone podpływało do drabinki, żeby tato wyciągnął i znowu rzucił go jak piłkę do wody. Tamto dziecko kompletnie się nie bało! Mnie to szczęka opadła z wrażenia. Potem siedzieliśmy razem w jacuzzi i zagadałam do żony tego faceta, że taki mały chłopiec, a tak super pływa. Wielokrotnie widziałam jak dzieci kurczowo trzymały się matki, tak się bały wody, a ten mały – nic. Tato chłopca, słysząc to,  zaśmiał się w odpowiedzi: ,,Gdyby mama go uczyła pływać, to też pewnie by się bał, a tak ze mną Wojtuś pływa jak ryba i dla niego to jest superowa zabawa. Nawet starsza córka nie umie tak dobrze”.
Choć faktycznie to może i była ekstremalna zabawa, ale skoro mały w 2,5 roku tak świetnie pływał, to podziwiam tego tatusia. Mam nadzieję, że może inni ojcowie pójdą w jego ślady i zamiast kupować dziecku kolejny elektroniczny gadżet, zrobią lepszy prezent – poświęcą mu swój czas i nauczą pływać. A przy tym będą się jeszcze świetnie bawić. Wierzcie mi, DZIECI NIGDY TEGO NIE ZAPOMNĄ.

 

Fot. Pikolina