Taki Lajf!

Musisz tylko w to uwierzyć.

Wiesz co, jakoś niespecjalnie przemawiają do mnie coachowe teksty w stylu: „możesz wszystko, wystarczy, że w to uwierzysz”. Wydają się takie górnolotne i puste. Ale kilkanaście dni temu wydarzyła się w moim życiu niesamowita rzecz, która daje podstawy wierzyć, że to coachowe gadanie faktycznie może mieć sens. 

Jak juz może wiesz, na majowy weekend do Poznania przyjechałam bez koleżanek. Karlos został z Małą Coco w hotelu, mieli już swoje plany na całą sobotę, a ja wsiadłam w tramwaj, by dostać się pod Międzynarodowe Targi Poznańskie. W tym roku na Blog Conference Poznań miało być naprawdę sporo ludzi. Tysiąc osób to już nie taka kameralna impreza, jak to było np. przed dwoma laty. Jechałam więc trochę zagubiona – raz, że trzeba było tam trafić, co nie jest takie łatwe w kompletnie obcym mieście, a dwa – znaleźć sobie miłe towarzystwo w tym dzikim tłumie ludzi. Ale w końcu dotarłam. Kto był na MTP, ten wie, że to wielki teren, na którym są rozmieszczone ogromne budynki – musiałam znaleźć ten właściwy. Z daleka, pod wejściem głównym już widziałam wielką grupę ludzi – na bank blogerzy – pomyślałam. To super – widać, że trafiłam.

Stanęłam w kolejce do rejestracji w jednej z wielkich hal. Na zewnątrz ustawiło się już mnóstwo food tracków – pieczone kiełbaski, hot dogi, lody – pełen wypas. Nawet scenę tu mieli – szykował się jakiś koncert między wykładami. Byłam pod wrażeniem – w tym roku impreza zapowiadała się niesamowicie – najbardziej cieszyły mnie parasole na zewnątrz i jedzenie pod chmurką. Cały czas wypatrywałam znajomych twarzy – i owszem, ludzi było pełno, ale jeszcze nikogo znajomego z internetów nie zauważyłam. Nic to. W hali już na wstępie podeszłam do sympatycznych dziewczyn ze stoiska z kawą (takie stoiska zawsze są na blogowych imprezach) i poprosiłam siekierę bez cukru. Uśmiechnięte dziewczyny podały mi gorący kubek i poszłam do stoiska z rejestracją. Obsługiwała je czwórka wolontariuszek.

– W czym mogę pomóc? – zapytała mnie ładna brunetka.
– Hej, chcę się zarejestrować, jestem już spóźniona na pierwszy wykład. Nazywam się Judyta Kokoszkiewicz – dziewczyna od razu zaczęła szukać mnie na liście gości.
– Literka ka… – wiodła palcem po spisie nazwisk – hmmm, nie widzę pani.
– Jestem na pewno, może gdzieś na końcu, poza spisem?
– Szukam. No niestety, tu też pani nie ma – patrzyła skonsternowana.

– Jakiś problem? – podeszła do nas jakaś ważna persona, chyba pani kierownik. Wolontariuszka odpowiedziała:
– Nie mam tu pani Kokoszkiewicz na liście, nie ma też jej plakietki…
– A czy ma pani wydrukowany bilet? Wiele osób drukowało go sobie i nam tu okazywało dla ułatwienia – zapytała mnie kierowniczka.
– Nie drukowałam, ale oczywiście mam zaproszenie na mailu. Podyktować paniom jego numer? – odpowiedziałam pewnie. Nawet nie dopuszczałam do siebie opcji, że przejechałam z Oseskiem pół Polski, tylko po to, by ktoś tu na miejscu zawrócił mnie do domu, bo nie ma mnie na jakiejś głupiej liście.

– Rozumiem, czyli zaproszenie na maila dotarło, a my tu po prostu nie mamy pani w spisie? – pytały dalej.
– No tak…
W pewnej chwili i wolontariuszki, i tamta kobieta spojrzały na mnie bezradnie z miną „niestety, ale nie wpuścimy pani na imprezę”. Ale ja byłam jak nigdy pewna swego: wejściówka na konferencję należy mi się jak psu buda! Powiedziałam więc:
– Nie wiem, co to za bałagan, ale przejechałam pół kraju, żeby tu być, a bilet mam na telefonie – zaświeciłam ekranem komórki przed ich oczami. Także nie wiem, jaki jest problem.

– Dobrze. Wpuście panią – powiedziała kierowniczka i przeprosiła za zamieszanie.

 

Po chwili dopisano mnie do listy gości, a do ręki wręczono jakąś koszulkę, dziecięcy wiatraczek i identyfikator. Zadowolona wyszłam na zewnątrz, by szukać jakichś znajomych. Po drodze spytałam jeszcze kogoś, którędy na wykłady – przypadkowy facet precyzyjnie wskazał mi nawet kierunek. I dopiero po przejściu wielkiej dmuchanej bramy i ominięciu trzech ochroniarzy coś mi zaświtało. Obróciłam się za siebie. Ogromny napis za mną nie kłamał. Właśnie wbiłam na imprezę, na którą faktycznie nie miałam biletu! Brama wejściowa miała napis: „Wielki Piknik Rodzinny PKP Intercity”. Zaczęłam śmiać się sama z siebie w głos. Wiatr poruszał małym dziecięcym wiatraczkiem, który dostałam przy rejestracji: na nim też było napisane, że to impreza PKP. A konferencja blogerów odbywała się w wielkim budynku kilkaset metrów dalej!

I wiecie co? Z takim nastawieniem jak moje tamtego ranka, to ja bym mogła wejść nawet i na Bal Noblistów xD Wieczorem opowiedziałam tę śmieszną sytuację Karlosowi. Rozbawiony, powiedział:
– To taki jaskrawy przykład, że chcieć i wierzyć, to móc. Ty po prostu byłaś pewna, że wejdziesz na tę imprezę – i tak się musiało stać.