Zakazane tematy

Rozmowa rekrutacyjna: daj nam swoje pomysły, a my nie oddzwonimy

Od dłuższego czasu, słuchając imprezowych opowieści znajomych, a także patrząc z własnego doświadczenia, dostrzegam nową modę na elegancką, wysublimowaną kradzież wśród niektórych pracodawców.

Wyobraź sobie klasyczną rozmowę kwalifikacyjną. Rekruter, z którego twarzy wyczytasz tylko zimny profesjonalizm kolejno pyta o twoje mocne strony, doświadczenie, studia. Standard. Jeśli to praca np. na copywritera czy dziennikarza, dostaniesz również zadanie do wykonania w domu – np. tekst na jakiś fajny temat. Jeśli zabłyśniesz pomysłem i stylem, tekst się spodoba pracodawcy – jest spora szansa, że się dostaniesz. Lubię ten sposób rekrutacji, ponieważ łatwo i szybko weryfikuje, czy kandydat ma talent i nadaje się np. na dobrego dziennikarza.

Bardzo denerwuje mnie jednak inny, modny ostatnio sposób na prowadzenie rozmów rekrutacyjnych. Chcę wam o nim napisać, żebyście byli czujniejsi, gdy i was coś takiego spotka. Grozi to szczególnie tym, którzy starają się o posadę dziennikarza/redaktora. Ale zanim jednak do pana reportera przejdę, zapytam czy wiecie, jaki jest dziś jego największy dylemat? Kliki. Czyli klikalne tematy w internecie, artykuły dobrze sprzedające się, nośne, obliczone na konkretnych odbiorców, na unikatowych użytkowników (podobnie, jak w blogosferze, prawda?:)) Lepsze statystyki w tabeli portali. To z nich każdego miesiąca redaktor jest skrzętnie rozliczany. Tylko skąd już ma brać te tematy na artykuły? Każdego dnia szef wymaga napisania kilku przynajmniej dobrych tekstów, nie sposób przecież jego wymaganiom sprostać…
Otóż jest na to rada… rozmowa kwalifikacyjna! Sprytny rekruter (często właśnie jakiś pan redaktor) może pokierować nią tak, że już po powiedzmy trzech spotkaniach z kandydatami będzie miał w pracy z górki przez kilka tygodni…

zudit-pl

Wygląda to tak – ty (kandydacie) siedzisz w niemałym stresie, wypytywany o trzy swoje zalety, doświadczenie, itp., nagle jednak orientujesz się, że przechodzisz do odpowiadania na pytanie, co w portalu, w którym chcesz dostać pracę, można zmienić na lepsze. Opowiadasz, płyniesz w pomysłami, bo masz świeży umysł, jesteś przecież kimś z zewnątrz, dlatego łatwiej ci wskazać, co można zmienić, jakich tematów/zakładek brakuje na stronie portalu XYZ. Mówisz, co nowego można wprowadzić, by przyciągnąć czytelnika i podnieść klikalność. Rekruter wszystko notuje, przytakuje, potwierdzając uśmiechem, że oto faktycznie piękne pomysły mu przedstawiasz.

Kilka minut później podajecie sobie dłoń, on oczywiście, standardowo zapewnia: „odezwiemy się”. Tylko oczywiście nie robi tego.  Mówiłam Wam już kiedyś, że pracodawca z klasą zawsze odpowiada – nawet po to tylko, by poinformować, że wybrali innego kandydata, oraz że „zachowa twoje CV w swojej bazie”. Dzięki temu czekanie nie przedłuża się, ty wiesz na czym stoisz, działasz dalej z szukaniem pracy.  Kiedyś usłyszałam właśnie o rekrutacji, w której kandydaci musieli zasugerować przynajmniej 5 zmian na portalu. Powiedzmy, że taką rozmowę przeszło dziesięciu kandydatów – daje to więc aż 50 pomysłów, które rekruter (zazwyczaj też pan dziennikarz) może wykorzystać na własny użytek (bo któż z zespołu będzie sprawdzał, czy to są jego pomysły?). Na kolegium dziennikarskim będzie sypał świeżymi pomysłami jak z rękawa! Super, prawda?

Sporo nad tym ostatnio myślałam. Bo z jednej strony – co ma zrobić ten biedny kandydat? Który być może jest właśnie zdesperowany, bo o pracę bezskutecznie stara się od kilku miesięcy? Oczywiście, że będzie posłusznie i grzecznie odpowiadał na pytania rekrutera. Oczywiście, że w tej jednej chwili nie pomyśli nawet, że jest okradany z pomysłów. Jak i 20 innych osób w jego sytuacji. Bo to jest kradzież. Kradzież, której rekruter najprawdopodobniej nie wynagrodzi ci nawet krótką informacją, że tym razem wybrali kogoś innego.

 

Wkurza mnie to maksymalnie, bo coraz więcej bliskich znajomych mówi mi, że to staje się standardem na rozmowach rekrutujących na dziennikarzy. Do dziś czuję złość, gdy przypomnę sobie moją rekrutację sprzed kilku lat – starałam się o pracę w pewnym portalu. Miła atmosfera, przy mnie i dziennikarce (rekruterce) zawieszony był wielki monitor, na którym widać stronę główną wspomnianego portalu. I co? Ja, jak ta grzeczna dziewczynka odpytywana pod tablicą, z uśmiechem mówię, co warto w tym portalu zmienić, by był jeszcze lepszy. Pani skrzętnie notuje na kartce – na oko może 7 punktów z moimi sugestiami. O tym, że nikt do mnie nie oddzwonił, chyba nie muszę wspominać? Po kilku tygodniach spotykam kolegę z polonistyki, mówi mi, że starał się o ten sam etat, i że ponoć było 20 kandydatów na to stanowisko. Rozumiecie? To mogło dać tej miłej pani rekruterce nawet kilkaset świetnych pomysłów na portal, które przedstawi potem szefostwu. Być może dostanie nawet premię za pomysłowość i zaangażowanie?

Miarka się jednak przebrała, i aż zagotowało się we mnie, gdy kilka dni temu zobaczyłam ogłoszenie o pracę w pewnej ogólnopolskiej redakcji. Jego treść brzmiała mniej więcej tak: „Prosimy wysłać CV, list motywacyjny oraz (uwaga-uwaga) 20 TEMATÓW na artykuły, które chcielibyście napisać, gdy przyjdziecie do nas do pracy”.

Kochani. Otóż jeszcze kilka lat temu, gdy jako studentka piątego roku zaczynałam staż w redakcji, takie ogłoszenie nawet by mnie zaintrygowało. Ochoczo i z radością aplikowałabym. Dziś, mając redakcyjne doświadczenie, wiele obserwacji z pracy kolegów dziennikarzy, wiem, co jest w porządku, a co nie. Takie praktyki na rozmowach zdecydowanie nie są normalne. Nie gódźcie się na to! Nie zgadzajcie się, nie wysyłajcie darmowych tematów paniom redaktorkom i panom redaktorom, którym w codziennej rutynie brak już weny na swoje własne.

To nie jest tak, że kradnie się tylko pieniądze i materialne przedmioty. To nie jest tak, że tylko plagiat jest kradzieżą. Kradzież jest też wtedy, kochany pracodawco, gdy poczciwego, nieraz zdesperowanego człowieka bez pracy wypytujesz o rzeczy, które potem wykorzystasz dla siebie. A później, za ten umysłowy wysiłek bezrobotnego nawet mu łaskawie nie odpiszesz, że tym razem wybrałeś innego kandydata.

Zdjęcia: Pikolina