nieCodzienność

Drodzy rodzice, gąbką dziecku świata nie wyłożymy… ale możemy go odpowiednio pomalować!

Co za szczęście, że już nie należę do dziewczyn, które nie położą się spokojnie spać z myślą, że w kuchni jest bałagan. A kiedy mam do wyboru: posprzątany pokój lub spacer z dzieckiem do zoo – wybieram wyprawę. Bałagan? Kto by się tym przejmował! 

Szybko zrozumiałam, że jeśli jako młoda mama nie wrzucę na luz w kwestii sprzątania, jeśli nie odpuszczę, zafunduję dziecku jedynie widok sfrustrowanej matki z umęczoną twarzą.

Podam Wam pewien przykład. Mam dwie znajome: jedna, gdy jej niemowlę tylko upuści okruszek ciastka na ziemię, już gotowa jest biec ze zmiotką i sprzątać panele podłogowe. Kiedy jej dziecko zostawi paproszki w wózku, ona będzie tego dnia dokładnie sprzątać wnętrze gondoli. Druga znajoma, także mama niemowlaka, nawet nie zauważa, że dwa dni pod rząd spacerówka jej synka jest cała w okruchach po chrupkach i ciasteczkach. Gdy podłoga domu się pobrudzi, też nie rzuca wszystkiego, by natychmiast iść ją myć. I gdy te dwie znajome, kobiety z innym podejściem do bałaganu spotkały się, ta pierwsza, kochająca porządek przy dziecku, zapytała drugą:
– Ale czy tobie nie przeszkadza, że dziecko siedzi w tym wózku niemal jak w brudnym korytku całym w okruchach?
– A wiesz, może i faktycznie nie sprzątam od razu, tylko gdy mam na to siłę, może i czasem mój syn oraz wszystko dookoła jest brudne, ale powiem ci jedno: brudne dziecko to szczęśliwe dziecko! Wrzuć na luz, kochana! – odparła jej koleżanka.

I taki luz panuje od kilku tygodni także w naszym domu. Pewnych rzeczy nie powstrzymamy – nasz Osesek też rozrzuca wszystko, gdzie popadnie. Bierze w rączki jedną zabawkę, by po chwili bez zainteresowania porzucić ją na podłodze. Wszystko go niemal natychmiastowo nudzi. Po całym dniu podłoga wszystkich pomieszczeń w naszym domu to jedno wielkie pobojowisko z klocków, pluszowych kuleczek, maskotek, porwanych małymi paluszkami papierków, okruszków. Z Karlosem dawno już przestaliśmy się tym przejmować – po prostu, by móc być szczęśliwymi, musieliśmy nieco obniżyć nasze standardy czystości. Dlatego sprzątamy dopiero pod koniec dnia. On karmi dziecko, ja ogarniam podłogi lub na odwrót. Kiedyś kochaliśmy mieć czysto – dziś, by być dla Oseska fajnymi rodzicami, musieliśmy trochę odpuścić i nie uzależniać swojego dobrego humoru od porządku.

Wyluzowani i uśmiechnięci rodzice to przecież szczęśliwe dziecko. Nie karcę niemowlęcia, ani nie przewracam oczami z pretensją, gdy ubrudzi świeżo włożony kaftanik, rozleje wodę na podłogę, czy trąci w powietrze łyżeczką, na której była zupka z marchewką. To przecież dziecko i żadnej z tych rzeczy nie robi z premedytacją. Bo jak pisał Janusz Korczak – „dziecku potrzebny ruch, powietrze, światło – zgoda, ale i coś jeszcze – wolność”. Ale o niej już za chwilę.

Podobnie, jak z domowym bałaganem, jest i z bezpieczeństwem – pewne ryzyko trzeba zaakceptować. Chciałabym dla swojej 9-miesięcznej córeczki jak najlepiej – ale wiem, że nie wyłożę całego domu gąbką, by uchronić ją przed siniakami i upadkami. Nie zdezynfekuję też całego świata, by chronić ją przed „złymi” bakteriami. Nie zamknę naszego pieska w klatce, żeby nie lizał Oseska w twarz. Tę paranoję i strach o każdy drobiazg, który mógłby zaszkodzić dziecku, trzeba odstawić na bok. Prawda jest taka, że im szybciej to zrozumiesz, tym spokojniej będziesz spała. Dziecku potrzeba dać swobodę do rozwoju i czuwać obok. Ono potrzebuje wolności. Niech upadnie, niech zadrapie kolanko, niech zbije szklankę, niech pozna smaki jedzenia, rozsmarowując je po całej buźce i włosach. Moja rola jako wyluzowanego rodzica jest taka, by dać mu przyjazne otoczenie do rozwoju. Wiem, że za jakiś czas, gdy przeprowadzimy się do własnego gniazdka, w którym zamieszkamy już na stałe, zadbamy na przykład o takie rzeczy, jak ściany. Dlaczego akurat o nie? Bo nie mam zamiaru się przejmować, ani krzyczeć na dziecko, że na przykład swoimi brudnymi rączkami przemalowało nam przedpokój. Albo, że na ścianach mojej sypialni zagościł wczesny Picasso, bądź też – rozlał się keczup czy bryznęło kakao. Świat widział większe tragedie, niż takie bzdury!

Dlatego, gdy kilka tygodni temu odezwała się do mnie marka Dulux, z pytaniem, czy nie chcielibyśmy przetestować w domu plamoodpornych i hydrofobowych farb EasyCare, zgodziłam się bez wahania. Ściany, które można łatwo umyć to świetna sprawa przy małym dziecku. Malowanie świata przyjaznego beztroskiemu dzieciństwu zaczęliśmy więc od małego pokoju w naszym wynajętym mieszkaniu. Nie wiem, jak Wam, ale mi malowanie wciąż kojarzy się z jednym wielkim bałaganem, stanem remontu, wszechobecnego brudu i konieczności wyprowadzenia się z domu, dopóki toksyczne opary nie wywietrzą się. Akurat farba EasyCare ma jedną wielką zaletę – nie pachnie, dlatego na czas remontu nie musieliśmy się wyprowadzać z mieszkania. Co więcej – kryje tak dobrze, że po jednej warstwie mogliśmy powiedzieć, że ściana jest profesjonalnie pomalowana. To istotne przy dziecku – bo czas biegania z pędzlem i wałkiem skraca się – autentycznie – do kilku godzin. Jedna sobota i pokój był pomalowany!

Ale najważniejsze czekało nas po 28 dniach – testy. Czy faktycznie kawa, ketchup, Nutella i inne smakołyki nie imały się naszych ścian? Relację video mgliście obejrzeć w niedzielę na naszym Instastories – Kasia oblewała ściany różnymi specyfikami, Osesek swoimi małymi rączkami rozmazywał w pokoju także zupkę marchewkową. Wszystkiemu sceptycznie przyglądał się z boku Karlos, który miesiąc temu starannie te ściany malował na biało. Chyba trochę nie dowierzał, że te wszystkie plamy faktycznie da się zmyć ciepłą wodą z płynem do mycia naczyń. Ale uwierzcie – udało się! Tym samym farbę Dulux EasyCare wpisuję na listę rzeczy przyjaznych beztroskiemu dzieciństwu ;)

A co oznacza, że farba jest hydrofobowa? Po upływie 28 od malowania, może się na nią rozlać kawa, cola czy choćby barszcz czerwony – te kolorowe ciecze po prostu po ścianie spływają. Wystarczy przetrzeć i po plamach ani śladu. Natomiast plamoodporność, jak zaznacza producent, daje nam tyle, że dzieci mogą wysmarować pokój Nutellą, masłem czy ketchupem, a my zmyjemy ten brud, lekko przecierając szmatką z ciepłą wodą i płynem.

Co te cechy farby oznaczają dla dzieciństwa mojego dziecka? Przede wszystkim dobre otoczenie do beztroskiego rozwoju – niekontrolowanych dziecięcych odruchów, wolności wymachiwania łapkami z łyżeczką jedzenia, spontanicznych pokrzykiwań, rozlewania mleka, brudzenia. Bo rozwój odbywa się przez niepohamowaną zabawę! Plamy na ścianach? Kto by się niemi przejmował!
A my, rodzice, za radą Janusza Korczaka, możemy dać dziecku przyjazne otoczenia, ale i „całe powietrze, słońce, całą życzliwość, jaka mu się należy, niezależnie od zasług czy win”.

Zdjęcia: Pikolina