Zakazane tematy

Bezrobocie. Jak zabójcze bywają cztery ściany?

Wcale nie jest tak, że tylko kobiety na macierzyńskim wariują, siedząc z kwilącym dzieckiem w zamkniętym domu. W psychozę popadają też bezrobotni, od zmysłów odchodzą również single. Kiedyś nieomal zwariowałam i ja… 

Pamiętam pierwsze miesiące po studiach. Gdy nagle nie miałam już gdzie pójść, znajomi rozpierzchli się po świecie, mieli pracę, niektórzy założyli swoje rodziny. Każdego ranka Karlos wychodził do firmy, w której spełniał się zawodowo i towarzysko, a ja, tak do godziny 12-13 nie miałam nawet po co wstać, patrzyłam w sufit. Emocjonalnym wyczynem było nawet kilka stron książki. Wizja zakupów w spożywczaku… ach, to dopiero było wydarzenie dnia, do którego się kilka godzin psychicznie nastawiałam. Natomiast rzucenie sąsiadowi grzecznego dzień dobry stanowiło jedyny „dialog” z człowiekiem, który mogłam zaliczyć w ciągu tych niesamowicie długich godzin.

 

Bezrobocie powoli sączyło w mój umysł zło – nie tylko przeświadczenie, że jestem społeczeństwu niepotrzebna, ale i chore podejrzenia.

Gdy Karlos wracał z pracy wyluzowany, uśmiechnięty, mi w gardle rósł gul – Z czego niby on tak się cieszy? Może poznał w pracy jakąś babę? Czy nie widzi, jak mi ciężko? Po co opowiada o tych wygłupach z kolegami z biura, nie bawi mnie to! Zazdrościłam mu, że ma się do kogo w ciągu dnia odezwać, do kogo podejść, napisać maila.

Cztery ściany były dla mnie zabójcze. Do tego stopnia, że gdy ktoś wyciągał mnie na kawę, jakby w strachu (tylko przed czym?) odpowiadałam: Dzięki, ale nie mam ostatnio czasu. Kiedy znajomi organizowali imprezy na koniec tygodnia, wolałam się na nich nie pojawiać (przecież na pewno poruszą tematy zawodowe, będą pytać mnie, jak poszukiwania roboty, jak ja im spojrzę w oczy? Mnie nikt nie chce…). Dopowiadałam sobie własną beznadziejność. Imaginowałam Karlosowe romanse.

Najgorsze w tym krótkim okresie bez pracy były niewiadome. Ile to jeszcze potrwa? Czy ktoś odpowie na moje CV? Może jednak powinnam wyjechać do znajomych w Holandii?

zudit_ptasiek (4)

Z perspektywy czasu widzę, jaki miałam problem ze sobą. Jak apatyczni są często absolwenci studiów czekający, aż życie samo się magicznie odmieni. Dziś słyszę też, że to mamuśki na macierzyńskim wariują. Że w głowie im tylko pieluszki i kupki. Ile w tym prawdy, wiedzą tylko one, ale rozumiem ten stan. Cztery ściany, codziennie te same, potrafią być zabójcze. Nagle masz tak wiele godzin (pozornie) bez celu. Raptem wszyscy stają się potencjalnymi wrogami, którzy na pewno myślą o Tobie źle. Coś knują.

Nie mogłabym jednak zakończyć tego wpisu bez czegoś pozytywnego, bez wyjścia z tej historii. Co ze sobą robić w tych zabójczych czterech ścianach? Tego dowiedziałam się dopiero kilka lat później, gdy odchodziłam z kolejnego już miejsca pracy.

 

Sekret? Żyj tak, jakbyś ciągle pracował! 
Wysypiaj się z premedytacją! Czas, który spędzałbyś w biurze (8 godzin) podziel na pół i wysyłaj w nim CV, szukaj ofert, odśwież kontakty z przyjaciółmi. To właśnie ta chwila, kiedy możesz zadbać tylko o siebie – wyjdź pobiegać, pojeździć na rolkach. Rób wszystko to, o czym mogłeś tylko pomarzyć, gdy jeszcze tydzień temu oglądałeś świat zza szklanej korporacyjnej szyby. Pamiętam, że gdy pewnego dnia na nowo zostałam bezrobotna, w swojej kuchni po raz pierwszy w życiu otworzyłam manufakturę: pierożków, ciasteczek, koreczków, galaretek… Karol, gdy wracał z pracy, mówił, że podmienili mu żonę. Tymczasem mi to bezrobocie dało takiego radosnego powera do gotowania!:)

Musiałam nacieszyć się tymi bezrobotnymi chwilami, bo… minął zaledwie tydzień od tego, jak straciłam robotę, a telefony rozdzwoniły się! Trzech pracodawców w jednym dniu chciało mnie zatrudnić!

fot. Pikolina