Taki Lajf!

Adopcja. Ile kosztuje drugie dziecko?

Bardzo często my, twórcy internetowi przeżywamy podobne rozterki – po co w ogóle pisać bloga? Czy ktoś nas czyta i czy kiedykolwiek komuś autentycznie pomogliśmy? Co robić, by dawać Ci Czytelniku, treści mądre i zmieniające Twoje życie? 

Takie rozterki ma wiele osób, również moje koleżanki z sieci – ostatnio w filmikach na Instastories nad sensem pisania zastanawiała się na przykład Radomska. Utalentowana, pisząca precyzyjnie i z dużą dozą czarnego humoru. Ola zadała nawet pytanie na forum: powiedzcie, po co Wam moje pisanie? Czy w ogóle go do szczęścia potrzebujecie?

Wtedy odpisałam Oli swoją historię z jej blogiem:

Pewnego dnia na Facebooku zobaczyłam, że Radomska będzie miała drugie dziecko. Bo to, że mają małą dziewczynkę, Lenkę, już wiedziałam. Weszłam więc na tekst, przyciągnięta sensacyjnym newsem. To lepsze niż pudelkowy clickbait, bo doniesienia o ciążach zawsze klikają się niesamowicie dobrze. Przeczytajcie ten tekst – drugie dziecko faktycznie pojawiło się na świecie, ale ani Radomska nigdy nie musiała do niego po nocach wstawać, ani nie spotkali się na żywo, ani też… jej synek nie mówi po polsku. Ale jest już jej dzieckiem. Chodzi tu oczywiście o adopcję na odległość, w której zostaje się rodzicem/opiekunem/patronem wybranego dziecka z Afryki. Ola Radomska opisała ich historię tak:

„Nie jestem bogatym człowiekiem – utrzymuję się z macierzyńskiego i kilku umów na dzieło, ale wierzę, że od pomagania jeszcze nikt nie zbiedniał, a zyskał dużo więcej niż wydał. 70 złotych w mojej rzeczywistości to dwutygodniowy zapas pieluch dla Lenki. Raczej niewiele i życia jej za to nie ułożę, ale… Bąblowi mieszkającemu 7000 km ode mnie owszem. 70 zł w Laare (Kenia) zapewnia miesięczne wyżywienie, opiekę medyczną, dostęp do edukacji, ubrania i wsparcie dla jednego dziecka. Dwie paczki pieluch Lenki mogą odczarować czyjeś życie. Jaram się tym strasznie i nie omieszkam skorzystać”.

I tak oto Ola została mamą adopcyjną. Adopcja na odległość działa dość prosto: to tak naprawdę tylko (i aż) zlecenie stałego, comiesięcznego przelewu ze swojego konta na jedno wybrane dziecko z Afryki. Jest nawet możliwość wymieniania z nim potem listów i otrzymywania od jego tamtejszych opiekunów aktualnych zdjęć malucha.


70 złotych to świadomość, że gdzieś na świecie jakieś maleństwo nie będzie chodziło głodne, w razie kłopotów ze zdrowiem dostanie się do lekarza, czy też otrzyma potrzebne przybory do szkoły. Głupie – bo dla wielu z nas naprawdę głupie – 70 złotych, które tu w Polsce każdego miesiąca wydajemy na nowy ciuch, książki, pizzę albo słodycze.
A tak tych kilkadziesiąt złotych pomaga synkowi Radomskiej:
„Mój adopcyjny synek, nim trafił pod opiekę sióstr, ostatni raz najadł się do syta 9 lat temu. Wtedy jego biologiczna mama karmiła go jeszcze piersią. W zasadzie cudem uniknął śmierci. Powoli nabiera sił i marzy o pójściu do szkoły. Moje śmieszne 70 złotych sprawi, że to marzenie się spełni, że Krzychol nie będzie już głodny, że zostanie objęty opieką medyczną”.

Jeśli myślisz, że sama chciałabyś podjąć się takiej adopcji (możesz zobowiązać się do opieki np. przez rok lub na stałe, tutaj jest więcej informacji i kontaktów).
Ja też czekam na odpowiedź w kwestii adopcji małej dziewczynki. I to jest właśnie moc tworzenia w internecie – powiedziałam Oli – nigdy nie wiesz, kiedy swoimi tekstami trafisz na podatny grunt. Ktoś coś napisze, a gdzieś na świecie ktoś inny zyska dzięki temu lepsze życie.


W ostatnich dniach, gdy intensywnie myślałam o pewnej małej dziewczynce z Afryki, napisała do mnie pani Marta ze sklepu Cafeport.pl. Może jej mail byłby kolejną z propozycji reklamowych, na jakie często odpowiadamy, a potem o nich zapominamy. Ale to nie był zwykły przypadek – tutaj trafił swój na swego. Cieszę się, że pani Marta do reklamy tej kawy wybrała właśnie nas – bo raz, że temat Afryki siedzi w mojej głowie od kilku tygodni, a dwa – lubię, jak mój blog daje ludziom coś pozytywnego. Tylko co dobrego może być w kawie, oprócz jej smaku i aromatu? Ano na przykład fakt, że z każdego jej sprzedanego kilograma kawy Coffe Circle producent przeznacza konkretne pieniądze na pomoc mieszkańcom Etiopii.

Pijesz – pomagasz. Jak? Już Ci mówię:)

Coffee Circle to niemiecka palarnia, która powstała w 2010 roku. Oferuje kawę etiopską najwyższej jakości pochodzącą od bezpośrednich sprzedawców i sprzedawaną zgodnie z ideą uczciwego handlu. Celem Coffee Circle jest nie tylko sukces ekonomiczny, ale również działania o wymiarze społecznym. Dzięki systemowi sprzedaży bezpośredniej Coffee Circle może zaoferować plantatorom lepsze ceny i w ten sposób przyczynić się do polepszenia standardu ich życia. Z każdego sprzedanego kilograma 1 € przekazywane jest na rzecz ułatwienia dostępu do wody pitnej w rejonach, gdzie uprawia się kawę. W ten sposób każda filiżanka kawy pomaga poprawić warunki życia w Etiopii. I co ważne – ta pomoc naprawdę dobrze smakuje!


Kawa, którą degustowałam ostatnio w towarzystwie przyjaciół jest intensywna i aromatyczna. Przyjechała do nas w ziarnach – taka świeżo zmielona w młynku dała niesamowity aromat – w domu pachniało, jak za dawnych lat, gdy w peerelowskiej rzeczywistości nasi rodzice mielili sobie ziarna przed każdym zaparzeniem.
Co ważne dla mnie, marka Coffe Circle przyczynia się do rozwiązania najpoważniejszego problemu w regionie upraw kawy – a 44 mln Etiopczyków jest pozbawionych dostępu do czystej wody. Codziennie umierają tam dzieci chorujące na zatrucia zanieczyszczoną woda, których można było uniknąć. Celem Coffee Circle stało się więc zapewnienie Etiopczykom czystej wody dla poprawy jakości ich życia.

I ja takie idee kupuję. Zaczęłam pić tę kawę i z pietyzmem ją zaparzać. Piję, więc pomagam. Dołącz, to proste – wystarczy zamówić sobie tu kawę:)

Zdjęcia: Pikolina

Fotki gościnnie u Justyny z @luc.jus