nieCodzienność

Słowo do Jurka Owsiaka

„Kochany Panie Jurku. Wtedy, przed laty, w gorącej końcówce lipca pewnie był Pan bardzo zabiegany. Na pewno też znów zachrypł Panu głos. Być może nawet minęliśmy się w tumanach tamtego kurzu, który dziś całowałabym jak świętą relikwię. 

Może jechał Pan na wzgórze, gdzie Akademia Sztuk Przepięknych, na tym swoim pomocnym quadzie, taki totalnie zamaskowany i pospieszny. Pamiętam tylko, że miałam wtedy 100 zł na przeżycie i w sumie spokojnie starczyło mi na trzy dni – nie tylko na jedzenie, ale i piwo z woodstockowego nalewaka. Wtedy też, tzn. tamtego pamiętnego 2006 roku, po raz pierwszy sprzedawcy prosili młodzież o okazywanie dowodów przed zakupem alkoholu. Potem to już było normą. Z każdym rokiem wprowadzaliście nowe, coraz lepsze zasady gry, by było jeszcze lepiej, jeszcze bezpieczniej.

Gdyby tak dziś zerknął Pan sobie na jakieś zbiorowe zdjęcie zrobione ze sceny, na koncercie Comy z Woodstocku 2006, byłabym na nim małą kropeczką. Punktem, który właśnie zmieniał tor swojego życia.

Wróćmy tylko na chwilę do tego początku. Zaraz wszystko się Panu rozjaśni.

IMG_6145

Do Kostrzyna jechałam z koleżanką, której tak naprawdę miałam tylko towarzyszyć, bo tam miała się spotkać z nowo poznanym ukochanym. Byłam kimś raczej na doczepkę. Kto by pomyślał, że przywiozę sobie stamtąd… największy w życiu skarb.

Ale od początku. Zajęłyśmy sobie miejsce w jeszcze pustym przedziale pociągu (z Białegostoku jechało stosunkowo niewiele osób). Tak. I kilka minut przed odjazdem wsiadł On. Nie wiem, czy wtedy wystarczyło nam jedno przelotne spojrzenie, czy może czekaliśmy jeszcze, aż ośmieli nas klimat woodstockowego pociągu. Byłam 19-latką, która podobała się chłopakom „z klimatów”, zresztą sama również tylko takich sobie wybierałam. Wiadomo, miłość do metalu, skóry, kostka z ekranem zespołu. Klasyka. Zaczęliśmy z K. rozmawiać. Wielogodzinna podróż minęła, jakby była chwilą.

Nie wiem, jak dalej to tak przyspieszyło, ale nad ranem do Kostrzyna dojechaliśmy z K. w ciepłych objęciach, przytuleni. Ale przyszedł czas wysiadki. Mobilizacja, każde z nas musiało szybko zabrać swoje rzeczy, obudzić się na dobre i pomaszerować na woodstockowe pole, położone dobrych kilka kilometrów od dworca PKP. Ja poszłam za swoimi znajomymi, on zaś za własną grupką przyjaciół.

IMG_6180

Zgubiłam więc tego woodstockowego chłopaka. Zniknął. Pamiętałam jego długie włosy w nieładzie i ciepłe ramię, którym jeszcze nad ranem mnie przytulał.
Minął jeden dzień od przyjazdu. Gdy moja koleżanka przyszła do namiotu ze śniadaniem, powiedziała, że widziała mojego K. tam, gdzie „rozbił się Białystok”. Ponoć pytał o mnie. No tak. Ale czy ja mam teraz szukać tego chłopaka? – zastanawiałam się. W sumie nie miałam nic do stracenia.

Było już późne popołudnie, gdy przemykałam, totalnie sama między jakimiś rozbitymi w lesie namiotami. Zobaczyłam go. Siedział w swojej wesołej grupie, pili piwo. Spłoszona, jak dzikuska schowałam się za drzewem. Widziałam obok niego jakąś uśmiechniętą dziewczynę. „Może to kolejna woodstockowa przygoda” – pomyślałam. Chciałam już się wycofać, ale dostrzegł mnie.

Wszystkie kolejne godziny spędziliśmy razem. Jak prawdziwe woodstockowe dzieci. Trzymając się za ręce, plątaliśmy się od sceny do sceny, od namiotu Hare Kryszny do wioski piwnej. Gdzieś w tle grała Metallica. Do dziś to wspominamy. Wtedy był nasz pierwszy pocałunek.

Nie, nie byłam dziewczyną łatwą. Do niczego między nami nie doszło.

IMG_6140

Kiedy festiwal się skończył, całą Polskę (wzdłuż, od zachodniej do wschodniej granicy) wracaliśmy jednym pociągiem. Przygoda woodstockowa się skończyła. Miło było potrzymać się za rączki, ale raczej nie widzieliśmy tej znajomości w prawdziwym życiu. On wracał do domu, do studiów, zaraz miał zaczynać trzeci rok prawa. Ja – do położonego o 60 km dalej miasteczka moich rodziców oraz do klasy maturalnej.

Panie Jurku. Może kiedyś napiszę, jak to wszystko się potoczyło dalej. Bo niespodziewanie, ale jednak staliśmy się parą. Parą, która ciągle miała niesamowite, niemal filmowe przygody. Co ta nasza miłość przeszła… na szczęście tylko to nas wzmocniło. Uśmiechnąłby się Pan pobłażliwie, gdyby usłyszał, że rok później, jako zakochani, pojechaliśmy znów do Kostrzyna – świętować rocznicę tej miłości. A gdy 7 lat potem, dokładnie w datę Woodstocku 2013 był nasz ślub, wodzirej zespołu weselnego wspominał Pana na oczepinach – że warto byłoby podziękować. Za tamten woodstockowy pociąg, za koncert Comy, w którym staliśmy sobie pośród setek tysięcy ludzi, a jakby świat poza nami nie istniał.

To tak się tylko mówi, że jeśli komuś coś było pisane, to i tak by się wydarzyło. Niech sobie dziś inni zaprzeczają, ale ja wierzę, że ten niesamowity facet, który jest ze mną już 11 lat, mój cudowny mąż, świetny człowiek, najlepszy przyjaciel i zdolny prawnik, bez którego nie umiałabym żyć, jest obok mnie właśnie dzięki Panu.

Dziękuję za tę miłość”.

IMG_6176

fot. Pikolina