nieCodzienność

Trzecie życie, czyli co się stało z moją suknią ślubną?

suknia ślubna

Od początku miałam plan, że podejdę do niej z zimnym wyrachowaniem. Skrywany śmiech wywoływały we mnie znajome, które podchodziły do jej tematu jak do sprawy najwyższej wagi.

„Na łowy” chodziły kilka razy w miesiącu. A gdy znalazły wymarzony model, który wreszcie idealnie leżał, poprawiały u krawcowej miliony drobiazgów (jakby ktoś miał w ogóle zauważyć, że jedna fałdka jest założona inaczej lub mały biały kwiatek jest przyszyty 10 cm wyżej niż wcześniej). Brały kredyty lub namawiały rodzinę, by ta sponsorowała tę najdroższą jednorazówkę świata za bagatela 5 tysięcy złotych. Totalnie nie potrafiłam tego zrozumieć, dla mnie były to problemy „pierwszego świata”. (Kurcze, czy są tu byłe panny młode, które mnie za ten wpis zjedzą? Jedzcie spokojnie, dalej uważam, że miałam rację.)

Z moją suknią było inaczej. Od początku wiedziałam, że będzie pochodziła z odzysku, że dam jej drugie życie. Nie było między nami żadnej chemii, zachwytów, wzdychania. Wyszukałam ją na Allegro. Ładnie wyglądała na zdjęciach ze ślubu jakiejś szczupłej blondynki spod Krakowa. Chwile wahania trwały zaledwie dwa dni. „Kup teraz” – kliknęłam spontanicznie między jednym a drugim łykiem kawy. Przelew – klik, równiutkie 320 złotych z przesyłką. Problem z głowy.

– Boże, a nie chciałaś nic przymierzyć, pochodzić po sklepach, zobaczyć się najpierw w lustrze?! – chwytały się za głowę koleżanki.

– Szkoda mi na to czasu. Na zdjęciach przecież była ładna, wymiary się zgadzają, kosztowała śmiesznie mało, więc super! Jedno zmartwienie z głowy, zajmijmy się czymś innym! – odpowiadałam zatroskanym dziewczynom.

suknia ślubna

Kiedy paczka przyjechała, od razu łapczywie ją rozpakowałam – tak… była to śliczna „księżniczka” która w tamtym czasie stanowiła szczyt moich marzeń o idealnym wyglądzie panny młodej. „Jaki czad!” – myślałam, mierząc ją i obracając się przed lustrem. Podnosiła biust, bezlitośnie dusiła wiązanym gorsetem, odejmując centymetry, których jeszcze nie zdążyła odjąć Chodakowska. Słowem, cudo!

Wystarczyło kilka tanich (choć oczywiście też niewyglądających na takie) dodatków, piękna fryzura i makijaż, by w dniu ślubu wszystkim dech zaparło.

Biedaczka, tamtego dnia swoje przeszła… Bezlitośnie podeptana przez wszystkich tancerzy, z którymi do rana bawiłam się na parkiecie. Ubrudzona od spodu w trakcie sesji fotograficznej w parku. Raz nawet stała się kołdrą-pułapką, w którą jak w naleśnik zaplatały się nogi mojego brata.

Ale, jak to mówią przesądni, przyniosła mi wiele szczęścia. Potem przez trzy lata wisiała w szafie, zduszona między odkurzaczem a zimowymi kurtkami.

– Zrób coś z nią, słyszałam nieraz od K., któremu brakowało przez nią miejsca na odwieszenie marynarek.

suknia ślubna

Dopiero teraz przytrafiła się okazja. W tym tygodniu wyprowadzamy się bowiem do innego mieszkania. Nie było wyjścia – szafy z ciuchami trzeba było opróżnić.

Co więc się z nią stało?

Bardziej z chęci przysłużenia się komuś, niż z sentymentu („któż to widział suknię ślubną wyrzucać na śmietnik?!”) w sprawie jej trzeciego życia zadzwoniłam do teatru. Pan w słuchawce nie był zbyt miły, gdy usłyszał moją propozycję – myślał może, że w zamian za swój dar zażądam od nich kilku stówek.

– Zapewniam pana, że zależy mi jedynie na zwykłej darowiźnie. Będzie mi miło zobaczyć ją kiedyś na którymś z państwa spektakli – jesteśmy z mamą regularnymi bywalczyniami teatru – tłumaczyłam panu odpowiedzialnemu za garderobę.

Zadowolony, przystał na moją propozycję. Po tę moją białą sukienkę ze ślubu kilka dni później przyjechał uśmiechnięty kurier. Z radością stanęłam w drzwiach z wieszakiem i torbami w dłoniach. Do teatru pojechały również pamiętne białe lakierki na obcasie, welon, dekoracje do włosów i torebeczka.

Nie zdążyłam zamknąć drzwi, gdy zorientowałam się, że ten uśmiechnięty pan na odchodne wcisnął mi do ręki jakąś białą kopertę. Dopiero, gdy usiadłam przy stole w salonie, łapczywie ją otworzyłam. Było w niej podziękowanie najsłodsze z możliwych: dwa bilety na dowolny spektakl i pięknie wydrukowany repertuar teatru.

Dziękuję, biała sukienko!

Zdjęcia: Elżbieta Kakowska