Taki Lajf!

O takich wakacjach oni mogli tylko pomarzyć…

Zakończyliśmy właśnie rodzinny urlop. Miały być zagraniczne wojaże, chcieliśmy udowodnić sami sobie, że dziecko to przecież żadne ograniczenie. Faktycznie, żadne – dalej tak uważam, przecież nasza pierwsza 13-godzinna podróż z niemowlakiem była naprawdę udana! 

 

Jednak szczęśliwie dla nas, kilka dni przed wyjazdem, w Białymstoku zapanowały „saharyjskie upały” – były sygnałem, że zagraniczna podróż do jeszcze cieplejszych krajów może nas wykończyć. Po prostu te upalne dni siedzieliśmy w domu i płynęliśmy, co chwila biorąc zimny prysznic. To był sygnał: sorry, nie musimy sobie na siłę udowadniać, że z maleńkim dzieckiem da się polecieć na zagraniczne wczasy. Da się, oczywiście. Tylko po co, skoro już tutaj pogoda nas wykańcza. To nie tak, że pokonała nas logistyka – paszport dziecka i inne szczegóły były już załatwione. Zrozumieliśmy tylko, że 40 stopni Celsjusza w cieniu (tak zapowiadała się Turcja i Grecja, które początkowo nas kusiły) plus niemowlę na rękach to nie jest dobry przepis na wypoczynek dla młodych rodziców i malucha. Wizja była taka, że będziemy siedzieć w klimatyzowanym tureckim hotelu i czekać do wieczora, gdy da się wyjść na jakiś spacer bez morderczego upału. Ewentualnie na zmiany jedno z nas będzie chodziło na plażę lub po zakupy, a drugie zostanie z Oseskiem w hotelowym pokoju.

Ostatecznie wybraliśmy Mazury – z kilku powodów. Po pierwsze, trzy godziny drogi autem dziecko jeszcze nam jakoś wybaczy. Po drugie, polska pogoda jest do zniesienia i mamy świetny hotel nad jeziorem, który z otwartymi ramionami przyjmie też naszą małą Gucię. Ten krótki tekst nie będzie jednak o tym, jak nam się w Mikołajkach wypoczywało. Wiadomo, był i szok – przyjeżdżasz w piękne miejsce… lasy, jeziora, jachty i zabytki dookoła, a Ty… jako młody rodzic po raz pierwszy zdajesz sobie sprawę z jednej rzeczy… Że już, cholera, nie przyjechałaś tu poleżeć, poczytać w ciszy książkę, poleniuchować z ukochanym na plaży. Przyjechałaś dalej ganiać za swoim oseskiem, tyle że w innych okolicznościach przyrody i w nowym otoczeniu. Chwilę nam zajęło przyjęcie na klatę faktu, że na prawdziwe wczasy to wyjedziemy dopiero za ładnych parę lat. Tylko ja dziś nie o tym…

Dziwne, ale nasz rodzinny urlop zamknęła symboliczna klamra: pierwszego dnia byliśmy w Wilczym Szańcu, upiornym miejscu niedaleko Kętrzyna, z którego Hitler przez ok. 800 dni wydawał rozkazy, podejmował decyzje o losach milionów istnień, beztrosko oglądał sobie Myszkę Miki w swoim podziemnym kinie i jak gdyby nigdy nic, jadał wegetariańskie obiadki przygotowane przez jego kucharki.

Wczoraj natomiast (kilka dni po zwiedzeniu hitlerowskich bunkrów) byliśmy z Karlosem i malutką w Treblince. Niewiele zostało z tego ukrytego przed światem miejsca, bo Niemcy uciekając, zrównali je z ziemią. W tamtym lesie, w tej niemal absolutnej ciszy, wśród starych drzew, które to wszystko widziały, szliśmy, milcząc wzdłuż symbolicznych torów. Stanęliśmy na rampie, w miejscu, w którym postawiły stopę tysiące takich jak my. I kiedy tak ściskałam własne dziecko w ramionach, a ono nieświadome tragedii tego lasu, beztrosko pokrzykiwało, myślałam o wszystkich matkach, które szły tą trasą. Które jak ja trzymały w rękach swój cały świat. Być może przeczuwały, że za chwilę może stać się coś potwornego. To upiorne uczucie… nie móc uchronić swojego dziecka przed najgorszym.

Przytulałam swoją córeczkę, stojąc także przy symbolicznym grobie Janusza Korczaka i dzieci z jego warszawskiego Domu Sierot.

„Chyba 5 sierpnia 1942 przypadkowo stałem się świadkiem wymarszu Janusza Korczaka i jego sierot z getta. Spędził z nimi długie lata swojego życia i teraz, w ich ostatniej drodze (do Treblinki), nie chciał ich zostawiać samych. Chciał im tę drogę ułatwić. Wytłumaczył sierotom, że mają powód do radości, bo jadą na wieś. Gdy spotkałem ich na Gęsiej, dzieci, idąc, śpiewały chórem, rozpromienione, mały muzyk im przygrywał, a Korczak niósł na rękach dwoje najmłodszych, także uśmiechniętych, i opowiadał im coś zabawnego”. (Relacja Władysława Szpilmana).

Stałam więc tak sobie w ciszy i myślałam o małych podopiecznych Korczaka, którzy właśnie tutaj, pośród tych drzew w Treblince zginęli. W sposób bestialski, w jaki dziś nie giną nawet najgorsi mordercy. Malutkie dzieci, które zamiast tam, powinny trafić w ramiona kochających rodziców, do szkoły, do zwyczajnych dziecięcych trosk.

Zrozumiałam, jacy z nas szczęśliwcy. To komfort ludzi współczesnych – z poziomu turystów zwiedzać schrony Hitlera, zobaczyć miejsce mordu tysięcy bezbronnych osób, a potem, jak gdyby nigdy nic, odjechać z rodziną do domu. O takich wakacjach w sierpniu 1942 roku nikt tutaj nawet nie mógł marzyć:(