Korki z pisania, Zakazane tematy

O szefie, który „stworzy Cię od zera”

– Wiesz Judytko, prawda jest taka, że w twoich tekstach, gdyby im się przyjrzeć, to poprawne językowo zostałyby tylko same przecinki. Reszta to tragedia, do wywalenia – mówił Krzyś*, mój szef. 

– Aż tak źle? Przecież kończę polonistykę, a reportaż, który właśnie głośno na forum redakcji skrytykowałeś dostał piątkę z wykrzyknikiem u szanowanej profesor językoznawstwa – broniłam się nieśmiało.

– Tak, ale problem w tym, że was na tej polonistyce nikt nie uczy pisać dziennikarskich tekstów do prawdziwych gazet, tylko jakieś subiektywne wypracowania do zeszytu – wyśmiewał się dalej Krzyś.

Od tamtej rozmowy minęło kilka miesięcy. Reportaże, wywiady i artykuły newsowe po jego naukach ponoć pisałam już doskonałe. Trafiały nawet do mediów ogólnopolskich. Wtedy też, na kawie z (tym samym) szefem usłyszałam:

– Widzisz Judytko, bo prawda jest taka, że to ja cię stworzyłem – mówił.

A ja uwierzyłam mu na długie lata.

IMG_7479

Przez okrągły rok pracy w jego redakcji słuchałam, jakim to beztalenciem byłam, gdy przyszłam do niego z ulicy. Że to on w swej bezinteresownej wspaniałości „zrobił ze mnie ludzi”. Ponoć nawet mu się to udało, ale wszystkie świetne, wartościowe teksty, które do tej pory napisałam, są wyłącznie jego zasługą. Bez niego „dalej byłabym nikim”.

A ja, jak na skromnego człowieka przystało, w jego słowa wierzyłam. Byłam przekonana, że polonistyka wypuściła mnie jako beztalencie – bez warsztatu pisarskiego. Oraz, że bez długiego zapieprzu w tamtej redakcji do dziś nic bym nie potrafiła. Naprawdę w to wierzyłam, przytakując szefowi, uniżenie dziękując za każdą redakcyjną uwagę, pomoc w tworzeniu wywiadów. Nie przeszkadzało mi nawet, że wiele miesięcy pracowałam u niego za darmo. To były czasy, gdy kończyłam studia, rodzice wciąż jeszcze wspierali mnie finansowo, miałam stypendium naukowe. Marzyłam jedynie, by zostać dziennikarzem – to było wtedy najważniejsze.

IMG_7490

Od ukończenia polonistyki minęły ponad trzy lata, a mimo to nadal potrafiłam złapać się na takich myślach:

Jak to wspaniale, że kiedyś w tamtej redakcji szef od podstaw nauczył mnie pisania. Jak dobrze, że byłam wtedy taka skromna i pracowita, bo dzięki temu on przekazał mi tyle praktycznej wiedzy! Stworzył mnie! Dzięki temu mam dziś pracę i fajnego bloga.

Niedawno minęły ponad dwa lata od rozmów, w których redaktor wbijał mi do głowy, że bez niego moje artykuły trafiałyby jedynie do śmietnika. Aż… kilka dni temu, całkiem przypadkiem trafiłam na maile, które kiedyś z nim wymieniałam. W załącznikach były dwa teksty, które na początku naszej współpracy miałam mu oddać do akceptacji. Oba artykuły pojawiły się także na moim blogu – pierwszy, o rewizji policyjnej i drugi – o pracy na ulicy.

IMG_7483

Kiedy je przeczytałam po tylu miesiącach, byłam w wielkim szoku! Mnie, dziennikarce z nieco dłuższym już stażem wydały się po prostu piękne. Raz, że to bardzo ciekawe, życiowe historie, dwa – napisane tak, że dziś nie zmieniłabym w nich nawet przecinka. Niedawno, bez żadnych redakcyjnych zmian puściłam je na blogu. Przyjęliście je bardzo ciepło.

I wiecie co? Gdyby takie teksty do mojej redakcji pewnego dnia przyniosła jakaś cicha i nieśmiała studentka, powiedziałabym jej, że są dobre. Że z chęcią opublikuję je na swoim portalu. Wiem, że czasem niektórym trudno jest przyznać, że młodziak bez doświadczenia i warsztatu może zrobić coś równie dobrego, co sam szef.

Po odnalezieniu tamtych maili byłam bardzo zła. Wreszcie przejrzałam na oczy! Wcale nie byłam takim ostatnim beztalenciem! Redaktor, któremu od miesięcy w myślach dziękowałam za wszystkie nauki, po raz pierwszy jawił mi się jako obłudny kłamca. Przykro mi, że na kilka lat uległam jego pogardliwym opiniom na temat studentów polonistyki.

IMG_7478

Co było najgorsze w odkryciu tych maili? Wspomnienie, że w tamtym czasie, gdy przyszłam do jego redakcji ON tak oto podsumował mój artykuł o policyjnej rewizji:

– Ta historia z policją, owszem, trafiła ci się niesamowita. Ale jej język – wybacz, nawet dziecko w podstawówce lepiej by to napisało! Gdybym miał to gdzieś puszczać, musiałbym wszystko od początku napisać sam.

Dopiero po dwóch latach od tej historii okrutnie się we mnie zagotowało. Byłam wściekła i obrzydzona obłudą i zakłamaniem redaktora. Przyznaję – na pewno wiele mnie nauczył, tylko do diabła, dlaczego wierzyłam mu, gdy sukcesywnie utwierdzał mnie w przekonaniu, jak mało znaczyłabym bez jego rad?

Dziś zastanawiam się, jak wielu młodych ludzi po studiach trafia do jakiegoś biura/redakcji/pracowni i słyszy na starcie, że jest totalnym beztalenciem. Możliwe, że w wielu przypadkach faktycznie student ma zerową wiedzę praktyczną, tylko do cholery!

Jak można – pytam – człowieka, który dopiero startuje i próbuje rozwinąć skrzydła tak poniżać? Jak można mówić komuś, że jest beztalenciem? A potem, gdy odniesie swój pierwszy zawodowy sukces, komunikować mu: „Pamiętaj, że to ja cię stworzyłem?!”.

IMG_7499

IMG_7496

Zdjęcia:Pikolina

* imię szefa zostało zmienione.