Zakazane tematy

Narkomanka. Pora się do czegoś przyznać.

Jestem uzależniona. Pierwszy raz kobietę pod wpływem tego narkotyku zobaczyłam na oddziale patologii ciąży. Wyczekiwałam porodu, a ją, chwilę po cesarskim cięciu, wieźli z porodówki korytarzem naszego oddziału. 

Leżała na płasko, ciało bezwładne, tylko oczy zdradzały silne działanie tego środka, czy to specyfiku… (?). Spojrzenie miała skierowane w sufit, nieobecne, ale lśniące jak miliony gwiazd. Jako jej koleżanki stałyśmy przed windą z wielkimi brzuchami, chciałyśmy choć jednego zdania, małej relacji: „kochana, jak było???”. Pielęgniarki miały ją zawieźć piętro wyżej, na oddział noworodkowy. Wiola miała uśmiech Mona Lisy. Zapytana przez nas, jak poród i synek, jak mantrę powtarzała tylko: „Jest taki piękny. Jest taki piękny…”. Dziś pewnie tego nie pamięta – ale totalnie zacięła się. Nigdy nie zapomnę jej oczu – wybałuszone, jakby kilka minut temu ujrzały wszechświat, lśniące jak księżyc nocą, rozanielone, uśmiechające się jakimiś spełnionymi marzeniami. Gdybyś na ulicy zobaczył kogoś na takim haju, powiedziałbyś, że to pospolity narkoman. Ale ona kilka minut temu naćpała się czymś dostępnym za darmo, ale okrutnie i na długo uzależniającym. Czym? Naturalną oksytocyną – oto pierwszy raz w życiu zobaczyła swoje dziecko.

Dokładnie 12 godzin później szpitalnym korytarzem, na identycznym łóżku dwie miłe siostrzyczki wiozły i mnie. Oczy miałam te same, co pewnie niejedna kobieta wieziona tym korytarzem – jakby ktoś wymalował w nich dwa ogromne, lśniące serca. Takie bajkowe emotikony.

Pierwszy krzyk, pierwszy dotyk, pierwsze spojrzenie na człowieczka wyciągniętego z czeluści brzucha. Nagle bang, koniec świata, trafiona strzałą amora, jesteś już na wiele miesięcy uzależniona: od tego ciałka, od tego tulenia, mokrych całusków, specyficznych tylko dla tego małego stworzenia dźwięków. Nie umiesz bez tego żyć. Zatracasz się, choć wcześniej zapierałaś się, że żaden mały berbeć nie przejmie Twojego życia, każdej najmniejszej myśli.

Ostatnio przeczytałam gdzieś, dlaczego wiele kobiet odczuwa lęki przed odstawieniem dziecka od piersi. Ponoć każde karmienie to kolejny zastrzyk naturalnej oksytocyny, który zalewa duszę i ciało. Można więc powiedzieć, że to strach narkomanki, której nagle może zabraknąć najlepszego narkotyku, jaki zna.

Podobnie tłumaczę sobie potworne i męczące uczucia, które przeżywam z powodu powrotu do pracy (już za tydzień). Bo ten lęk separacyjny już przeokejowałam – wiem, że babcia to najlepsza opiekunka pod słońcem, wiem, że lubią się z Oseskiem i nikomu nic złego raczej się nie stanie, gdy będę chodzić do pracy. Próby rozstań też już były – dziecko, odpowiednio zabawiane i zagadane czasem nawet już nie zauważa, że mama wyszła.

To czego się tak boję? Czemu za każdym razem, gdy mam wychodne, tak tęsknie zaglądam w każdy wózek z dzieckiem i zazdroszczę obcej kobiecie, że może być w domu z maleństwem? Dlaczego obmyślam milion sposobów na to, jak nigdy nie wrócić do pracy…. I zawsze być przy Osesku?
Nie mając już racjonalnego wytłumaczenia, myślę, że to lęk narkomanki.

Weź odetnij sobie tę oksytocynę z codziennych przytulasków, całusów, karmień. Weź po roku polegającym tylko na miłości do drugiej istoty wróć do świata. No trudno jest. Ale się uda. Prawda, że się uda? :(