Zakazane tematy

Dlaczego młodzież ucieka z lekcji religii?

Przed laty, pewnego pięknego dnia, gdy w porze obiadu moi rodzice wrócili z kościoła, w domu zapanowała morowa atmosfera. Okazało się bowiem, że nasz proboszcz, poczciwy człowiek, po nabożeństwie „przestąpił im drogę”… 
By poinformować, że ich nastoletnia córka, uczennica liceum, wagaruje, i to akurat tylko na lekcjach religii! Rodzice, praktykujący katolicy, wrócili do domu naprawdę wkurzeni. O ile owszem, musiałam się im z tego tłumaczyć, o tyle na te lekcje wrócić i tak nie planowałam. Już wtedy na zajęciach dochodziło do absurdów – kiedy wikary czytał listę obecności, trzeba było odpowiadać: „jestem, byłam”, co oznaczało: „JESTEM na lekcji i BYŁAM na niedzielnej mszy”. Oto pełna szacunku i niezmuszania do wiary rozmowa z 17-latkami, młodzieżą niemal dorosłą. Gdy któryś szczery nieszczęśliwiec, zamiast skłamać dla świętego spokoju, odpowiadał księdzu zgodnie z prawdą: „JESTEM, NIE BYŁEM”, przy całej klasie padały hasła: „kolejny już raz nie byłeś, a ja ciebie wczoraj widziałem pod dyskoteką/w galerii na zakupach/na papierosku…”. Tak, taka była nagroda za szczerość, za niełamanie ósmego przykazania. Wyśmiewanie, które wymuszało postawę: lepiej księdzu obłudnie skłamać, ale za to mieć spokój przez 45 minut lekcji.

Do teraz dziwi to pełne potępiania rozliczanie „czy byłeś na mszy?” wśród katolików. To trochę tak, jakby społeczność dziennikarzy pytała mnie, czy byłam na ostatnim spotkaniu SDP, albo wykładowcy, czy uczestniczyłam w nieobowiązkowej konferencji o historii języka. W żadnym innym środowisku nie spotkałam się chyba z takim rozliczaniem, ocenianiem, narzucaniem się. A przecież to nikt inny, jak Bóg dał nam sumienia, wolną wolę i wybór.
Dziś mam prawie 30 lat i wciąż nie mogę uwierzyć w tamte komentarze księdza. Wtedy nie tylko ja, ale i moje koleżanki miałyśmy dość tego tłumaczenia się. Nikt nie chciał zrozumieć, że nie poszłyśmy do kościoła, bo np. nazajutrz była klasówka z matematyki czy trudna prezentacja do przygotowania. W tamtym czasie to działało również na zasadzie buntu – w grę wchodziły nastoletnie hormony: „aha, rodzice/ksiądz chcą mnie gdzieś pchać na siłę, to trzeba się buntować – dla samej zasady”. Buntowaliśmy się też, bo większym zmartwieniem była wtedy wisząca nad nami matura.
Dzisiejsza Żudit również na religię by nie chodziła, a swojej córce dałaby co do tego wolny wybór. Wcale nawet nie dlatego, że jestem ateistką czy że nie szanuję księży, kościoła, cerkwi, tej wszechobecnej polityki. Nie chodziłabym przez wzgląd na inne, równie ciekawe wyznania. Bo czy to nie dyskryminacja, gdy w szkole do wyboru ma się zajęcia z tylko „jednej religii”, a nie np. religioznawstwo, które daje szeroki obraz, bogatszą wiedzę i możliwość wolnego potem wyboru?

Nie jestem tzw. zakutym łbem, naprawdę nie utożsamiam się z lewicą ani prawicą, unikam niezrozumiałych skrajności. W rozmowach z innymi otwieram się na wszystko: z chęcią przyjęłabym do siebie racjonalne, poparte dowodami argumenty, by zmienić swoje zdanie np. dotyczące aborcji (dziś popieram opinię: „możliwość wyboru wcale nie oznacza takiego wyboru” – jeśli wiecie, co mam na myśli), irracjonalnego kultu figurek i obrazów w kościele czy choćby pogardy do osób homoseksualnych. Tylko niestety, na takie postawy racjonalnych argumentów wciąż brak, mogę więc śmiało obstawać przy swoim, jednocześnie nadal szanując ludzi, którzy myślą inaczej ode mnie. Po prostu unikam z nimi dyskusji.

zudit_pieski (6) (1)

A na tamtych właśnie lekcjach religii narzucano nam jedyny słuszny punkt widzenia, na co nie umiałyśmy z koleżankami przystać. Nawet przygotowania do bierzmowania były absurdem – ksiądz założył nam książeczki – po każdej mszy trzeba było zgłaszać się na zakrystię po podpis – dowód, że chodzisz regularnie do kościoła. Był z tym cyrk, bo młodzież przychodziła na ostatnie 5 minut mszy, albo sama te podpisy proboszcza podrabiała. Potem na lekcji religii wikary chwalił tych wszystkich, którzy mają cały rządek autografów księdza – nieważne, w jaki sposób zdobytych. Znów oszukiwanie było lepsze od prawdy. Swoją książeczkę do bierzmowania spaliłam w ognisku, podobnie jak kilku moich przyjaciół. Nie, nie byłam ‚szatanistką’, po prostu taka obłuda mi nie odpowiadała.

Nie myślcie, że byłam wtedy jakaś antychrześcijańska, o nie. To był czas paradoksów. Jednocześnie z wagarami z religii przeżywałam etap, w którym non stop czytałam Biblię, uczestniczyłam w największej liczbie mszy, liturgii, religijnych wyjazdów – nie, NIE W KOŚCIELE.

stop zudit pl

W czasach tamtego buntu miałam już za sobą najlepsze lekcje religii pod słońcem.

Otóż zapatrzona w swoją dobrotliwą i mądrą babcię, towarzyszyłam jej na każdym kroku – czy to u krawcowej, czy na zakupach, grzybobraniu, czy to… nabożeństwach różnych wyznań (na marginesie: samych wyznań chrześcijańskich jest przecież ok. 41!). Podlasie to nie tylko katolicy i prawosławni (do dziś uwielbiam np. magiczne liturgie w cerkwi!), ale i zielonoświątkowi, baptyści, adwentyści czy ewangelicy. Jakimś szczęśliwym zrządzeniem losu cała nasza rodzina była pod tym względem zróżnicowana – siostry mojego dziadka należały do wszystkich chyba możliwych wyznań. Jaka z tego korzyść dla dorastającej dziewczynki? Babcia zabierała mnie na msze, wesela, pogrzeby, spotkania czy chrzty we wszystkich tych obrządkach. Chodziłam z wielką chęcią, po pierwsze dlatego, że nie wiązało się to z żadnym przymusem, tylko wesołą wyprawą z babcią, a po drugie, z ciekawością, że gdzieś indziej może być inaczej niż w kościele, do którego zabierali mnie rodzice.
Myślę dziś, że to właśnie w ten sposób wychowałam się na kogoś otwartego, przyjaznego i szanującego wszystkie wyznania – czy to chrześcijańskie, czy jakiekolwiek inne. Dzięki babci inność ludzi nie jest żadnym problemem, stała się ciekawa, chce się ją poznawać. Tak też chciałabym pokazywać świat swojej córce – w atmosferze przyjaźni i bez wskazywania jedynej słusznej drogi. Bardzo mi się spodobało, gdy przeczytałam ostatnio, że już sto lat temu, w warszawskim sierocińcu prowadzonym przez Janusza Korczaka wyznawano zasadę: w domu może panować rytuał, pewien duch religijny, do którego dziecko przywykło w atmosferze rodzinnej, „lecz i tu swoboda indywidualności powinna być pozostawiona zupełnie dziecku, które ma możność wyrabiania sobie własnego światopoglądu”.

Fot. Pikolina

PS O tym, jak mądrze dać swojemu dziecku wybór, świetnie pisała jakiś czas temu Matka Prezesa:

Dzieci innego Boga.