nieCodzienność

Jak poznać miłość swojego życia i sprawić, by Twoje relacje z szefem były udane?

To powszechne, że często myślimy o sobie źle. Dopowiadamy sobie to, co ktoś o nas pomyślał, dlaczego źle spojrzał lub powiedział dziwnym tonem. Jakkolwiek irracjonalnie to zabrzmi, złymi myślami przyciągamy do siebie niepożądane sytuacje. 

W ostatnich tygodniach sama byłam wprost pewna kilku „złych rzeczy” w swoim życiu. Na przykład tego, że szefowa źle mnie ocenia, koleżanka z porodówki ma mnie za nieodpowiedzialną matkę, a znajomy fotograf patrzy na mnie jak na grubaskę. Te myśli niszczyły mnie – do tego stopnia, że na wiele dni przed spotkaniem lub zwykłą rozmową z kimś zadręczałam się tym, jak to ktoś rzekomo źle o mnie myśli. Skutkowało to tym, że na spotkania z niektórymi osobami przychodziłam pełna emocji, które wibrowały w powietrzu i oddziaływały na nasze relacje. Być może ten tekst zabrzmi  jak jakiś irracjonalny bełkot, ale postaram się wyjaśnić, o co chodzi z całą tą pozytywną energią. Problem polega na tym, że często myślimy, że nie zasługujemy na komplement, podziękowanie, miłość. Nie czujemy się wystarczająco dobrzy, by to wszystko spokojnie odbierać. I w tym tkwi błąd.

A przecież wystarczy tylko to myślenie odwrócić. Załóż sobie, że szef, koleżanka z biura, pani w okienku pocztowym myśli o Tobie dobrze.
Dzięki temu, że odwróciłam swój sposób myślenia, od kilku tygodni żyje mi się łatwiej. Co więcej, te dobre wibracje są wyczuwalne przez innych. A kiedy sam ze sobą czujesz się dobrze, inni też lubią przebywać w Twoim towarzystwie. Kiedy więc przychodziłam do pracy, zamiast siadać ze smętną miną i poczuciem beznadziejności, myślałam: szefowa naprawdę mnie lubi. Nie bez powodu wybrała mnie do swojego zespołu, dając odpowiedzialne zadania. Na pewno uważa, że mam talent, inaczej by mnie w tym miejscu nie było. Myślę, że jest wartościową i mądrą kobietą – tak programowałam swoje myślenie każdego dnia rano.

I to wszystko, koniec recepty na sukces. Chwila wysiłku, by zmienić zwątpienie w wiarę. Rezultat? Miła i szczera relacja z szefową oraz praca, do której chce się przychodzić. Podobnie było ostatnio na spotkaniu z fotografem, który zawsze jakoś mnie peszył. Kiedyś już robiliśmy razem zdjęcia i naprawdę czułam się w jego towarzystwie źle. Wszystko dlatego, że potrafił głośno poprosić, abym wciągnęła brzuch, lub zapytać, czy mogę stanąć inaczej, bo tak wyglądam po prostu brzydko i niekorzystnie. Strasznie się wtedy nadymałam i zamykałam w sobie, czując, że narasta we mnie złość, którą za chwilę wyrzucę. I rzeczywiście wyrzucałam, cynicznymi tekstami, co naprawdę było słabe, bo sprawiało, że każda ze stron czuła się niekomfortowo. Wiele miesięcy później dowiedziałam się, że znów robimy zdjęcia z tym fotografem. Coś we mnie drgnęło: – Judyta – powiedziałam sobie – albo znowu będzie to sesja w beznadziejnej atmosferze, na której staniesz pod ścianą jak obrażona księżniczka, albo przekujesz to wszystko, co złe, w dobrą energię. I tę energię wyślesz fotografowi. Ludzie coś takiego z automatu wyczuwają. Dlatego zamiast znów przejmować się, że on powie coś o mojej sylwetce, zaczęłam, jak ta czarownica, wysyłać mu dobre wibracje: – Wiem, że robisz swoje zdjęcia najlepiej, jak potrafisz i to stąd czasem rzucasz w eter te niedelikatne komentarze. Po prostu chcesz, żebym wyszła jak najlepiej. Dziękuję Ci za to. Tak naprawdę to jesteś świetnym fotografem i cieszę się, że dzięki Tobie będziemy miały na blogu dobre zdjęcia. – Włożyłam wysiłek w to, by odrzucić z głowy niepewność i niechęć. W ich miejsce poczułam radość i wdzięczność.


Z takimi ciepłymi myślami wsiadłam w auto i pojechałam na sesję. Kiedy się przywitaliśmy, nie było już we mnie żadnych obaw, czy fotograf znów będzie mnie komentował. Chyba dałam mu na to mimowolne przyzwolenie, myśląc, że nawet jeśli coś powie, to to przecież nie koniec świata. Nie chciałam być obrażalską księżniczką, tylko pozytywną dziewczyną, z którą chce się pracować. Miałam w sobie szczerą wdzięczność, że się z nami spotkał. No i zdarzyła się magia – sesja  była naszym najmilszym spotkaniem ever. W sumie nawet niewiele mówiłam, po prostu mu zaufałam w tym, co robił. Za chwilę zaskoczyło mnie wiele miłych słów z jego strony: „że zdjęcia są super”, „jesteśmy świetnymi modelkami i fajne z nas dziewczyny” (była ze mną Pikolina).
To banał, ale zrozumiałam, że taką dobrą energię do ludzi, którzy nas jakoś blokują, trzeba w sobie jedynie odszukać. A w momentach zwątpienia wysyłać ją w kierunku tych, którzy budzą nasze negatywne emocje, obawy, niewiarę  wsiebie.
Poradę o wysyłaniu światu dobrej energii przeczytałam ostatnio w książce „Wszechświat cię wspiera” popularnej w USA autorki Gabby Bernstein. Rada dotyczyła dziewczyn, które źle się czują z tym, że są singielkami. Jak to się dzieje, że niektóre kobiety latami nie mogą sobie nikogo znaleźć? Bo nie wizualizują sobie dobrych rzeczy, swojego konkretnego marzenia. Koncentrują się na tym, co złe, na domysłach: „na pewno wyglądam grubo”, „nie podobam się facetom, bo mam szerokie biodra i płaski biust”, „mam w sobie coś, co odstrasza fajnych kolesi”. Ta zła energia podąża za każdą z nich.

Jak autorka książki, 30-letnia singielka odnalazła tego jedynego? Ano tak:
„Wyobrażałam sobie, że chodzę ulicami Nowego Jorku z partnerem u swojego boku, trzymamy się za ręce i czuję się kochana. To była bardzo twórcza praktyka. Po tygodniu przywoływania tych uczuć stałam się bardzo atrakcyjna dla mężczyzn, którzy wciąż zapraszali mnie na randki. Zjawiali się znikąd, nagle dzwonili do mnie lub przyglądali mi się na ulicy. Dostroiłam się do niezwykle atrakcyjnej energii miłości i romansu”.

To niesamowite, bo pamiętam, że właśnie w ten sam sposób „przyciągnęłam” do siebie swoją pierwszą wielką miłość. To były czasy, w których koleżanki miały już chłopaków, a ja niezbyt dobrze czułam się ze swoimi dodatkowymi kilogramami i brzydką cerą. Pamiętam jednak, jak pewnego dnia szykowałam się na wielką procesję ulicami mojego miasta (to musiało być Boże Ciało – wielkie wydarzenia w naszej miejscowości) – tamtego dnia czułam się jakoś wyjątkowo pięknie, a stojąc w tłumie, wyobraziłam sobie nawet, że właśnie obserwuje mnie jakiś przystojny chłopak, który na pewno się we mnie zakocha – przecież taka świetna ze mnie dziewczyna. Te przekonania płynęły z głębi serca i sprawiały mi dziwną satysfakcję…

 

Nie uwierzycie, jakiego szoku doznałam kilka miesięcy później – pewnego dnia, gdy po lekcjach wracałam do domu, na przejściu dla pieszych zagadał do mnie pewien chłopak – na tamte lata – typowe 10/10 – przystojny, inteligentny, uroczy. Co mi powiedział? – „Cześć, o Boże, jak się cieszę. Szukałem Cię od miesięcy, od czasu tamtej procesji w centrum miasta, kiedy wypatrzyłem Cię w tłumie i pomyślałem, że po prostu muszę Cię poznać”.

Tak, wysyłając dobrą energię i myśląc o sobie dobrze, poznałam swoją pierwszą wielką miłość:) Od tamtego czasu wierzę w taką magię.

Ćwiczenie dla Ciebie:

Potraktuj swoje lęki (przed tym, jak wypadniesz, co ludzie sobie o Tobie pomyślą) z uśmiechem. Głębokie przekonania stają się rzeczywistością. Wyobraź więc sobie, że czepialski szef mimo krytycznych uwag nadal Cię bardzo ceni. Pomyśl, że mąż, który wieczorem wolał mecz od romantycznej kolacji z Tobą dalej Cię kocha i potrzebuje Twojego ciepła. Uwierz w dobro ludzi, a jeśli go początkowo nie dostrzegasz, szukaj głębiej.

Pozdrawiam, Żudito Coehlo ;)