Zakazane tematy

Jestem mamą i kocham siedzieć z dzieckiem w domu. Czy to jakiś problem?

Bodźcem do napisania tego posta był telefon od koleżanki, która będąc w pierwszym trymestrze ciąży, zadzwoniła do mnie z pewną informacją. 

Właśnie kończyła studia magisterskie i zaproponowano jej doktorat. Kolejny etap –  studia doktoranckie miałaby zacząć się dopiero za pół roku – czyli w okolicach terminu porodu:

– Wiesz, chyba się zdecyduję i złożę te papiery. Każda moja znajoma, która siedzi w domu z dzieckiem, robi coś dodatkowego – ty masz swoje korekty książek, koleżanka projektuje grafiki, inna dorabia, robiąc paznokcie. Ja też muszę mieć coś dodatkowego – powiedziała.

Oczywiście, doradziłam jej, by poszła na te studia. Trzeba wykorzystywać takie możliwości – zrezygnować z doktoratu można przecież zawsze. Jednocześnie zdałam sobie sprawę, że podobnie jak moja koleżanka myśli całe mnóstwo dziewczyn – chcą jako mamy chcą mieć coś swojego, rozwijać się i iść do przodu. To naturalne.
Być może w pewnym momencie macierzyństwa w Tobie też ktoś zasiał takie obawy – mam na myśli kwestię szufladkowania kobiet, oceniania nas przez pryzmat dokonań, robienia innych rzeczy poza „byciem mamą”. Świadomie, lub nie, obawiasz się nieprzychylnych opinii na swój temat. Na temat tego, że „zamknęłaś się w domu z dzieckiem i nic nie robisz”. To ostatnie zdanie denerwuje nas szczególnie, bo każda młoda mama wie, co oznacza to „nicnierobienie”.


Niestety od jakiegoś czasu obserwuję „modę” na to, by to, kim jesteśmy, koniecznie określało wiele słów. Nie wystarczy już być po prostu Judytą, Anią, Kasią czy Iloną.
Dziś modne jest raczej mówienie o sobie: Hej, jestem Anna, jestem mamą, doktorantką, właścicielką firmy, pracodawczynią, aplikantką radcowską, podróżniczką, instruktorką jogi i wziętą lektorką francuskiego. Im więcej słów nas definiuje, tym lepiej. Rozumiesz już, do czego zmierzam? Kobietom nie pozwala się dziś choć na chwilę zamknąć w jednym słowie „mama”. Jakby bycie nią było słabe i niewystarczające. Abstrahując już od tego, ile zawodów pod słowem „mama” się kryje, w odbiorze społeczeństwa to wszystko nadal jest czymś niepełnym. Niewystarczającym, by być wartościową.
– Siedzisz w domu z dzieckiem i nic nie robisz? Hmm, aha…
Jeszcze trzy miesiące temu, gdy przebywałam na urlopie macierzyńskim, też poddawałam się tym toksycznym myślom. Krępowałam się spotkań z koleżankami aktywnymi zawodowo, podświadomie czując strach, że na pewno ocenią mnie jako babkę, która tylko zmienia pieluchy, podnieca się swoim tłustym bobaskiem i nie ma pojęcia o życiu.
Bądźmy jednak szczere, kilka miesięcy z niemowlakiem w domu – czy nawet dwa lata – to z perspektywy całego życia kobiety bardzo krótkie i bezcenne chwile, które nigdy nie wrócą. Nie musisz wtedy nigdzie pędzić; nie musisz robić na macierzyńskim miliona kursów ani wyjeżdżać na konferencje naukowe. To jest czas święty – tylko dla ciebie i dla dziecka.
Jeszcze do niedawna jako młoda mamuśka również dodawałam kolejne określniki do swojego jestestwa: cześć, nazywam się Judyta, jestem mamą, doktorantką językoznawstwa, przewodniczącą samorządu studenckiego, korektorką książek, dziennikarką, wolontariuszką, pasjonatką literatury, blah, blah, blah… Potrzebowałam te określenia mnożyć i mnożyć, żeby obcy ludzie dobrze mnie odbierali.

Na szczęście pewnego dnia powiedziałam sobie stop. Zamknęłam laptopa, wyłączyłam w domu Wi-Fi, odłożyłam telefon z Facebookiem. Spojrzałam w przyszłość – przecież za rok o tej porze będę gdzieś pędzić, stać w korku wracając z pracy i cholernie tęsknić za swoją małą dziewczynką. Postanowiłam żyć tu i teraz: robić dalekie wyprawy z wózkiem, chodzić na dłuższe spacery, wychodzić na spotkania z „dzieciatymi” znajomymi, odwiedzać kawiarnie ze swoją córeczką. Totalnie olałam świat zewnętrzny. Jego wymogi, oceny, oczekiwania. Byłyśmy tylko ja i moja ukochana dziewczynka.

Dziś, mimo że bardzo cieszę się z powrotu do życia zawodowego, autentycznie tęsknię za tamtymi dniami.