Bez kategorii

Drugie życie przedwojennego łóżka moich… pradziadków! [RENOWACJA ANTYKU]

renowacja antyku

Ogromnym szczęściem dzieciaków, które mają dość młodych rodziców (moja mama urodziła mnie w wieku 23 lat) jest fakt, że mogą mieć kontakt ze swoimi dziadkami. Miałam akurat to szczęście, że jedni i drudzy dziadkowie mieszkali blisko, a całe nasze dzieciństwo mogliśmy się z nimi bawić i od nich uczyć. 

Kiedy myślę o babci Ninie,  przed oczami mam podróż pociągami. Cała rodzina ze strony taty była zatrudniona na kolei. Za starych dobrych czasów mój dziadek był zawiadowcą stacji, tata pracował w biurze PKP, a babcia prowadziła starą carską stacyjkę na trasie Hajnówka – Czeremcha.

I właśnie to w niej zostawiłam najpiękniejsze wspomnienia dzieciństwa. Drewniana stacja była miejscem, gdzie wychował się mój tata i jego siostra. Tuż za ścianą kasy biletowej mój dziadek miał służbowe mieszkanie, w którym założył z babcią rodzinę. Wiele lat później, gdy wyprowadzili się do miasta, carska stacyjka z wielkim napisem WITOWO nadal przyjmowała podróżnych.

Pamiętam, że babcia przyjeżdżała tam każdego dnia. Wstawała o piątej, bladym świtem, by zdążyć na pociąg do Witowa, i od samego rana sprzedawać bilety podróżnym. Wnętrze tej carskiej stacyjki było wyjątkowe: pancerna kasa zamykana prze babcię na kłódkę, wielka żelazna szafa z malutkimi kartonowymi biletami, ciężki kasownik przytwierdzony do biurka, pieczątki, którymi bawiłam się za każdym razem, gdy babcia zabierała nas ze sobą do pracy. Była tam prawdziwą, zaradną kierowniczką. Dookoła carskiej stacyjki szumiał potężny, zielony las, do którego w przerwach między kursami pociągów biegaliśmy z babcią po jagody i prawdziwki. Kilka kilometrów dalej znajdowała się wieś, z której ludzie przychodzili do babci po bilety. To było magiczne, słoneczne ustronie gdzieś w samym środku puszczy.

Od czasu do czasu pojawiał się też jakiś „zapaleniec” ze stolicy. Fascynat kolei, który patrzył na moją babcię jak na muzealny eksponat i nie mógł nadziwić się, że w czasach drukowanych biletów są jeszcze miejsca takie, jak nasza drewniana stacyjka w Witowie, gdzie starsza pani w koku sprzedaje podróżnym bilety kartonikowe. Ludzie robili sobie zdjęcia na tle budynku i prosili o czyste bileciki na pamiątkę.

Wtedy, jako dziecko zupełnie tej fascynacji nie rozumiałam. Dla mnie tamto otoczenie było czymś zwyczajnym. Dziś jednak wiem, że ta nasza magiczna babcia, której kłaniali się wszyscy kolejarze; która na tyłach kasy biletowej gotowała wnuczkom zupkę „od zajączka”, dawała pieczątki do zabawy i zabierała na grzyby… była kimś absolutnie niesamowitym. Dopiero teraz żałuję, że nie zachowałam sobie choćby jakiegoś drobiazgu z tamtego miejsca. (Poniżej jedyna fotką stacyjki, jaką dziś odnalazłam, źródło tutaj)

renowacja antyku

Witowo, naszą sielską krainę dzieciństwa odwiedzaliśmy z braćmi w każde wakacje. Obok budynku stała studnia i ławeczka, na której czasem siedzieli podróżni oczekujący na pociąg. Pamiętam, jak pewnego dnia babcia uratowała z tamtej studni kota, „którego wrzucili tam jacyś chuligani”. Innym razem przygarnęła kotkę Benię, prawdziwego stróża mistycznej stacyjki. Mądra kocica każdego ranka czekała na babcię na peronie, a wieczorem odprowadzała swoją panią do pociągu powrotnego.

Kiedy wspominam Witowo, wracam do jakiegoś pięknego, świetlanego snu swojego dzieciństwa. Po wielu latach, gdy babcia odeszła na emeryturę, stacja wciąż tam jeszcze stała. Nigdy jednak nie zapomnę dnia, gdy dowiedzieliśmy się, że PKP znalazło kupca i sprzedaje budynek jakiejś osobie prywatnej.

Pewnego dnia ktoś tak po prostu przyjechał, zlecił rozbiórkę i przeniesienie w inne miejsce budyneczku, w którym spędziłam najpiękniejsze chwile dzieciństwa, budyneczku, w którym moja babcia sama uczyła się bycia żoną i mamą.

Nigdy później nie odważyłam się pojechać do Witowa. Chciałabym zachować w pamięci obraz tamtej zabytkowej stacyjki, starej studni i zbutwiałej ławeczki, na której siedziałam z babcią, wypatrując podróżnych. Mojej ukochanej babci też nie ma już na świecie. Dziś, gdy wyszukuję w Google hasło „stacja Witowo”, wyświetla się kilka dawnych zdjęć: otoczona wielkim lasem i bzami drewniana stacyjka stoi sobie spokojnie, skąpana słońcem, oczekująca na podróżnych…

Kilka lat po jej rozbiórce usłyszałam, że nowi właściciele przenieśli budynek do jakiejś wsi w okolicach Czeremchy (Podlasie). Pewnego dnia wybrałam się więc z braćmi na poszukiwania – objechaliśmy samochodem okoliczne wioski, wypatrywaliśmy znajomej chatki, pytaliśmy przechodniów, czy coś na jej temat wiedzą – niestety, wszystko na nic. Do dziś nie wiemy, gdzie zniknął magiczny dworzec PKP z krainy naszego dzieciństwa.

Lata spędzone z dziadkami zrodziły w nas niesamowitą miłość do starych rzeczy: przedmiotów z pozoru brzydkich i niepotrzebnych. Babcine opowieści o wojnie i trudnych latach tuż po niej sprawiły, że zaczęłam fascynować się przedmiotami z tamtych czasów. Nie wiem, czy kiedykolwiek zobaczę jeszcze naszą carską stacyjkę. Być może ktoś zbezcześcił ją i wszystkie piękne wspomnienia, które żyły w jej drewnianych ścianach.

Ostatnio jednak, podczas którejś z wizyt u dziadków dokonaliśmy nowego odkrycia: na strychu warsztatu, w którym hobbystycznie pracuje mój dziadek nagle pojawiło się… bardzo stare, drewniane łóżko.

renowacja antyku

Zafascynowana tym antykiem, od razu zaczęłam wypytywać babcię Z., skąd wziął się tam ten mebel, odpowiedziała mi bez emocji:

– To łóżko latami leżało zapomniane, złożone w starej skrzyni. Kiedyś, w przedwojennych latach spali na nim rodzice twojego dziadka – pradziadek Marcin z żoną. Ostatnio zobaczyliśmy je i rozłożyliśmy, żeby od czasu do czasu, po skończonej pracy w warsztacie dziadek mógł sobie na nim odpocząć. To stary grat, który tylko zabiera miejsce, pewnie niebawem ktoś wreszcie porąbie go i spali w piecu – powiedziała babcia.

Od tamtej chwili zapragnęłam dać antykowi drugie życie. Babcia dostała przykaz, by strzec łóżka przed zniszczeniem, a ja wciąż myślę, jak je odrestaurować. Dziadkowie mieszkają niestety 80 km ode mnie, na odległość i z małym dzieckiem trudno byłoby mi się zająć  antykiem. Dziś jednak przypomniałam sobie, że na miejscu mieszka pewien zdolny stolarz, który robi rzeźbione łóżka na zamówienie. Postanowiłam, że zadzwonię do niego i załatwię odrestaurowanie tego rodzinnego skarbu. Być może przemaluje je też na jakiś bardziej współczesny i jasny kolor. Mam nadzieję, że w naszym nowym mieszkaniu, jeśli wreszcie je znajdziemy, postawimy ten piękny antyk i nasza córeczka będzie spała łóżku swoich… prapradziadków! Dam Wam znać o postępach w renowacji:*