Zakazane tematy

Matki Polki przygód z policją… ciąg dalszy.

Pamiętacie jeszcze naszą przygodę z policyjną rewizją przeprowadzoną w moim domu przez pomyłkę? W tej historii opowiadałam Wam o przesłuchaniach, w których policjanci próbowali mną manipulować, próbując skłonić do zeznań, które byłyby krzywdzące dla mnie i Karlosa. 

Uwierzcie, w rozmowach sam na sam z gliniarzami naprawdę można „zgłupieć” – nerwy, stres i przewaga policjantów sprawiają, że bezmyślnie można powiedzieć kilka słów na swoją niekorzyść. Zanim jednak zacznę swoją historię, zadam Wam jedno pytanie: czy wiecie, dlaczego policjanci traktują ludzi z góry, nie słuchają tłumaczeń, narzucają własne zdanie, robiąc z nas głupców? Odpowiedź na końcu tej historii.

A moja opowieść zaczyna się tak… zwykły, pochmurny dzień, godzina 16:15… wyjeżdżam właśnie z pracy, spokojnie mijając skrzyżowanie i przejeżdżając nieopodal białostockiego dworca PKP. Kątem oka zauważyłam, że za zakrętem, tuż przed pasami stoi policyjny radiowóz, który właśnie się zatrzymał i przepuszcza pieszych na przejściu. Mogłam spokojnie przejechać, nie czekając, aż policjanci ruszą w moim kierunku. Ale coś mnie natchnęło, żeby być jeszcze bardziej kulturalnym kierowcą niż zazwyczaj i chwilę poczekać. Puściłam ich więc przed sobą, a sama, zadowolona ruszyłam za nimi. A tu nagle oni… włączyli swoje koguty i zajechali mi drogę! Zdezorientowana, nie mogłam uwierzyć, że chodzi o mnie – szybko sprawdziłam, czy mam włączone światła pozycyjne – oczywiście miałam. Nie widziałam, o co może im chodzić! Zatrzymałam się jednak i uchyliłam szybę.

– Dzień dobry, czym sobie u Panów przeskrobałam, bo chyba nie brakiem świateł – zażartowałam na dzień dobry i jeszcze raz zerknęłam na świecącą się kontrolkę w samochodzie – miałam je włączone.
– Dokładnie tak, nie ma pani świateł – odpowiedział chłodno młody policjant i poprosił o dokumenty.

Cała rozmowa z funkcjonariuszami była przedziwna: oni uparcie twierdzili, że nie mam świateł, ja natomiast stałam z nimi przed autem (które miało je włączone!) i przecierałam oczy ze zdumienia:

– Panowie, czy ja żyję w jakiejś alternatywnej rzeczywistości? Przecież wszyscy troje widzimy, że moje światła działają! Były zapalone od samego początku.
– Proszę nie robić z nas idiotów. Marek, chyba obaj widzimy, że pani nie ma świateł.
Nie wierzyłam w to, co słyszałam. Starali się zrobić ze mnie wariata?

Kiedy spisywali moje dokumenty, z drżącymi dłońmi wykręcałam numer do Karlosa. Nie wiedziałam, co właściwie się dzieje, to było jakieś szaleństwo. Mandatu nie przyjęłam, a oni z miejsca zaczęli straszyć mnie sądami i jeszcze większymi kosztami niż te „symboliczne 200 złotych za brak świateł”.

Byłam wściekła i bezsilna jednocześnie. Kiedy powiedziałam, że za chwilę może tu przyjechać mój prawnik i niech jemu tłumaczą, że auto nie ma włączonych świateł, zwyczajnie mnie wyśmiali. Zaczęłam się bać, gdy dotarło do mnie, że zatrzymali mnie na ciemnym i odludnym poboczu.  Byłam tam sama z dwoma rosłymi facetami.

Mimo wszystko przemogłam się, by ostatkiem sił i nerwów działać na swoją korzyść. Ponownie wysiadłam z samochodu, wyciągnęłam telefon i zaczęłam pstrykać zdjęcia: policjantom, naszemu seatowi zaparkowanemu obok radiowozu, moim ZAPALONYM światłom.

– Jutro o godzinie 9 stawi się pani na komisariacie jako podejrzana o popełnienie wykroczenia – powiedział policjant.
– Panowie, przepraszam, ale jutro o tej porze jestem w Warszawie, mam nagranie w Pytaniu na śniadanie, nie mogę się stawić. Proszę o inny termin.
Znów patrzyli na mnie jak na wariatkę:
– Tak tak, w Pytaniu na śniadanie, mhmm… – żartowali.

Nie było z nimi absolutnie żadnej dyskusji. Ani granie niewinnej blondyneczki, ani twarda rozmowa i racjonalne argumenty nie byłyby w stanie ich przekonać, że chcą mnie ukarać niesłusznie – oni wiedzieli swoje.

Gdy po wszystkim, tj. po wypisaniu papierów potwierdzających, że nie przyjmuję mandatu i zgadzam się stawić na zeznania, pojechałam do domu, czułam się skołowana. Ostatecznie wyszło na to, że światła faktycznie miałam zapalone, ale jedno z nich paliło się słabiej: coś było nie tak z żarówką, o czym z pozycji kierowcy zupełnie nie wiedziałam! Niestety, mandat wlepiono mi za brak świateł. Koniec, kropka.
Cóż, doskonale wiem, że przed sądem będzie to wyglądało tak: moje słowo przeciwko słowu policjantów. Nie mam szans, bo nawet zdjęcia mogą być słabym dowodem, gdy tamci dwaj zeznają, że np. zapaliłam je dopiero po zatrzymaniu samochodu do kontroli.

Słowem, zostałam pokonana – nerwy, ciemności, ich fizyczna i werbalna przewaga oraz dziwne argumenty ogłupiły mnie do tego stopnia, że byłabym skłonna uwierzyć nawet w to, że jestem kosmitką.

Wieczorem, gdy w domu omawialiśmy tę sytuację na chłodno, zaczęłam wypytywać Karlosa:

– Czegoś zupełnie tu nie rozumiem. Błagam, powiedz mi, dlaczego z policjantami nie ma żadnej dyskusji? Przecież byłam miła, kulturalna i rzeczowa. Dlaczego oni czują się tacy nieomylni i nie dają człowiekowi żadnego pola do dyskusji? Dlaczego traktują ludzi jak półgłówków, wciskając im swoją wersję zdarzeń? Dlaczego poczułam się, że robią ze mnie durnia? – wypaliłam z ogromnym poczuciem niesprawiedliwości i zawodu w głosie.

 –  Judyś  –  odpowiedź jest prosta  –  BO MOGĄ!

Zdjęcia: Pikolina (Gdy je robiłyśmy, nastroje za kierownicą dopisywały o wiele bardziej. Ostatnia kontrola policyjna naprawdę była koszmarna i chwilowo zachwiała moją pewnością siebie!).